Pobudka czwarta rano, temperatura trzydzieści stopni i mordercza wilgotność. Za tym akurat nie będę tęsknił. Nieprzytomny recepcjonista zastanawia się o co mi chodzi. Na szczęście zamówiony taksówkarz się nie zastanawiał, tylko przyjechał. Tanie linie Trip lubią wczesne godziny i dużo międzylądowań. Z Manaus przez Porto Velho, Cuiabę, aż do San Paulo. Start, lądowanie, start, lądowanie, start, lądowanie. Zakaz opuszczania samolotu się przykrzy, ale przynajmniej zobaczyłem przez okno cztery brazylijskie lotniska i kawał krajobrazu. Co do lotnisk, to bez szaleństw, co do krajobrazu to muszę przyznać, że zieleni i wody w Brazylii nie brakuje. W San Paulo wiosna, więc rośliny kwitną i katar jest. Największe wrażenie z powietrza robią takie fioletowe drzewa, które co jakiś czas stoją sobie samotnie pośród morza zieleni. Zrobiłem zdjęcie podobnemu już na ziemi, ale efekt zdecydowanie mniej imponujacy.
Blog o podróżach i rzeczach z nimi związanych. Można tu znaleźć wpisy z zakończonej, rocznej podróży dookoła świata (2007-2008), pięciomiesięcznej włóczęgi po Ameryce Południowej (maj-wrzesień 2011), a także relacje z innych mniejszych i większych wypraw i wycieczek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 3 października 2011
środa, 21 września 2011
Wpis z widokiem na Amazonkę
![]() |
| Wyspy San Bernardo |
Z Tolu (okolicy wysp San Bernardo) pojechaliśmy do Guajiry. Lepszy autokar, noc w Santa Marcie, gorszy autokar, Taksówka z miejscowości Cztery Drogi (Cuatro Vias, były cztery bez żadnego matactwa) i samochód terenowy czyli trzy godziny trzęsienia "na pace" po drodze, której prawie nie ma. Wszystko po to, żeby poznać Indian Wayuu. Ci Indianie to nie jest łatwy kawałek chleba. W sumie jest ich około 400 tysięcy. Mieszkają jedną nogą w Kolumbii a drugą, nieco większą, w Wenezueli. A tak naprawdę to mieszkają u siebie. Preferują małe, rozstrzelone osady. Kilka domów i dość dużo kóz - ot typowa Wayuu wioska. My byliśmy w Cabo de la Vela, większej, rybackiej osadzie z centrum zdrowia i murowaną stacją policji, która wciąż czeka na policjantów. Możliwe, że przyjadą w grudniu, razem z prądem.
czwartek, 19 maja 2011
Brazylijski night driver
| Stolik z Pablem i pokrowcem jest mój. To takie rubieże restauracji i nikomu chyba nie przeszkadzam |
Siedzę na pierwszym piętrze Mercado Publico w Porto Alegre. Na banerze jest napisane "onde tudo se encontra" czyli, z tego co rozumiem, gdzie wszystko się spotyka/można spotkać. Zatem mnie tu można spotkać również, gdyż ja z kolei spotkałem tu darmowe WiFi. Jest 21, za dwie i pół godziny mam Autobus do Chui. W brazylijskim Chui trzeba podobno przejść kilkaset metrów do urugwajskiego Chuy i potem można wsiąść w autobus do Punta del Diablo. Jutro o 7 rano się przekonamy. Nigdy nie byłem w Urugwaju, na zdjęciach i w opisach wygląda bardzo ładnie, więc trochę nie mogę się doczekać. Jest plan na surfowanie, bo czemu nie?
Przyjechałem tu wczoraj o szóstej rano. Widziałem jak Mercado Publico się otwiera, teraz oglądam (i słucham) jak się zamyka. Musiałem poczekać do 9.30 na Annę Marię de Souzę Teixeirę. O 9 kończyła jogę, a bez jogi, jak wiadomo, ani rusz. Anię poznałem przez couchsurfing i zgodziła się mnie przenocować. Ma 21 lat, studiuje stosunki międzynarodowe i zburzyła większość moich stereotypów o brazylijskich studentach. Mówi dobrze po angielsku, dużo podróżuje i nie dba przesadnie o swoją urodę (jak na standardy lokalne rzecz jasna). Szok gonił szok. Nie dość, że sama jest taka, to jeszcze ma takich znajomych. Wczoraj wieczorem siedziałem z czterema Brazylijkami w kawiarni, wszyscy mówili po angielsku ze względu na mnie, opowiadali o Nowym Jorku, Australii, Indiach, Polsce(! Ania była kiedyś w Warszawie) i innych ciekawych miejscach. Miły, serdeczny wieczór. Jedna z koleżanek opowiadała o koledze, który póki studiował prawo był normalny, ale jak zaczął studiować filozofię, to ona już nie może wytrzymać jego statusów na Facebooku.
Najbardziej z całego wieczoru podobała mi się anegdota o brazylijskim night driverze (mamo, night driver ta taki pan, który jak się ktoś zanietrzeźwi, a jest w mieście samochodem, to przyjeżdża po niego z kolegą i odwozi, wraz z samochodem, bezpiecznie do domu).
Anegdota wymaga wstępu. Otóż trzy lata temu Monika (z Sao Paulo) powiedziała mi, że jedną z dobitniej rzucających się różnic kulturowych jest to, że w Brazylii nie istnieje stwierdzenie "Nie piję, bo prowadzę". Piją wszyscy, czasem biorą też narkotyki (i nie mam tu na myśli marihuany), a ten kto akurat przyjechał samochodem wsiada do niego i wraca do domu. Trochę ciężko to przełknąć, ale tak tu było, jest i pewnie jeszcze jakiś czas będzie.
Zatem siostra Ani opowiada, że była kiedyś z rodzicami w restauracji. I kierownik proponuje tacie, żeby śmiało pił wino, bo on ma specjalnego człowieka, który go później odwiezie jego autem do domu. Będzie to kosztowało tyle, ile taksówka która ma zawieźć tego pana z powrotem do restauracji. No więc tata, przyjemnie zaskoczony zupełnie nową ofertą, posłusznie pije. Po wieczorze szczęśliwy oddaje kluczyki, wsiada do auta z owym człowiekiem, żoną i córką. Po kilku zakrętach stało się niestety jasne, że specjalny człowiek jest kompletnie pijany i nieco mniej pijany tata musiał go odwieźć z powrotem do restauracji, bo ten nie był w stanie utrzymać się na nogach. Brazylijski night driver.
poniedziałek, 16 maja 2011
Jacht w centrum handlowym
Wizyta w SP to dla mnie przede wszystkim spotkania po latach. Gęsty opis bogatego życia wewnętrznego bohatera literackiego nigdy nie był moją mocną stroną, więc go pominę. Powiem tylko, że było sentymentalnie. Z chłopakami znamy się od 2003 roku, i mimo średniej spotkań raz na 4 lata, znów było tak, jakbyśmy nie widzieli się tydzień. Rafael zmienił pracę i chciałby się ożenić ze swoją dziewczyną (której już bardzo długo nie zmieniał). Mieszkają 200km od siebie, ona pracuje tam, on tu i ciężko coś z tym zrobić. Może za kilka lat, jak on awansuje i będzie mógł część tygodnia pracować przez internet. Felipe zmienił dziewczynę i mieszkanie, pracy nie. Żyją ze sobą już dość długo i mówią, że to prawie jakby byli małżeństwem. Formalizować nie trzeba. Obaj chłopcy, podobnie zresztą jak Sofia, planują przyjechać do Europy i odwiedzić Polskę. Trzymam kciuki za te plany.
Jakby tego było mało dziś Franek T. przesłał mi zdjęcie z pożegnania na Powiślu. Łezka się w oku zakręciła.
W ostatnich dniach był grill, dwa mecze (nasi wygrali), irlandzki pub, urodziny w lokalu, targ staroci, pyszna feijoada, kaczka po amazońsku, spacery z Tobim (teraz jest na działce, wcześniej patrzył na mnie z wyrzutem, jak rano nie wychodziliśmy) i spacery po mieście.
Sao Paulo się w moich oczach przesadnie nie zmieniło. Różnica jest taka, że zwiedziłem więcej miejsc niż ostatnim razem. Centrum (okolice katedry) to dalej miejsce głównie dla biedoty. W ramach pokazywania kontrastów Monika wysłała mnie do dwóch centrów handlowych - normalnego (Bourbon) i ekskluzywnego (Cidade Jardim). Normalne wyglądało jak nasze.
W tym miejscu taka dygresja, że centra handlowe są trochę podobne do lotnisk, mocno eksterytorialne. O ile np. warszawskie Złote Tarasy doprowadzają mnie do szału, o tyle w Manili (Filipiny) tamtejszy mall był cudowną oazą spokoju i normalności. A tak naprawdę wszystkie które widziałem, niezależnie od kontynentu, były do siebie bardzo podobne. No, może z wyjątkiem tego ostatniego (Cidade Jardim). Luksus można opisać wieloma słowami, ale po co? Cóż, w sumie jest po co, profesor M. mówiła, że mam się uczyć rozpisywać, zamiast skracać. Tutaj nie będę jednak z tym walczył, napiszę tylko, że w jednym ze sklepów sprzedawano jachty.
Poza tym, w ostatnich dniach robiłem to, na co nie miałem za bardzo czasu w Warszawie – zastanawiałem się gdzie pojechać. Na razie wymyśliłem (i jak dobrze pójdzie jutro przystąpię do realizacji), że przez Porto Alegre pojadę do Urugwajskiego Punta del Diablo. Od Świętego Pawła, przez Szczęśliwy Port do Diabelskiego Czubka (Szpica). Z takimi nazwami nie może być źle. Jutro 18 godzin w autokarze, trzymajcie kciuki za moje ruchomości.
czwartek, 12 maja 2011
Sao Paulo - jet lag, bułki i pomarańcza (choć pomarańcz brzmiało ładniej moim zdaniem)
Na dworze w Warszawie 29 stopni, a ja chodzę w wojskowych spodniach (Zatoka Dwa, te same co w dookołaświecie), butach górskich i koszulce US Army. No trochę wstyd... Ubezpieczenie cztery godziny przed odlotem, znaleźć fotografa, zaskanować dokumenty, wyrzucić śmieci, oddać pilota od bramy, napisać do Ani, Marka i Taty o kluczach, zakręcić wodę, dopakować się. W plecaku, który jak zwykle waży za dużo, obok górskich spodni i puchowej kurtki leżą płetwy, maska, rurka i hamak. Paranoja. Ciepłych rzeczy będę mógł się pozbyć chyba dopiero po Ekwadorze, bo za radą Fiedersa rozważam odwiedzenie tamtejszych wulkanów.
| Buty zmienione za poradą M. M. bardzo dziękuję! |
Na Okęciu Mama i Mateusz, herbata i w drogę. W Monachium cztery godziny, kupiłem sobie słuchawki i małe perfumy ( bo jednak Rio, Buenos, Bogota...), niestety wcale nie bezcłowo. Na lotnisku w Monachium spodobało mi się, że wszystko ma swoje logo:
Lektura "Zrób sobie raj" M. Szczygła od mamy i w drogę. Książki, które mam (od mamy, Mateusza i Natalii plus przewodniki od siebie) ważą chyba z cztery kg, trzeba czytać szybko.
30A przy wyjściu awaryjnym, bo tam jest dużo miejsca na nogi. Myślałem, że wszystkich przechytrzyłem tym ruchem, ale w rzędzie obok jest miejsce dla kobiet z małymi dziećmi. Nie była to cicha noc...
Sao Paulo, piąta rano, miasto się budzi. Dla mnie to dziesiąta, więc przynajmniej z tym nie było trudno. Autobus 257, 3 linie metra, spacer i jestem na Rua Paris u Moniki. Z tym metrem to nie lada sukces – jest nieziemsko zapchane i poprzednim razem nie udało mi się wsiąść do niego z plecakiem w godzinach szczytu. U Moniki jak to u Moniki - cudownie. 7.30, jedzą śniadanie z córką. Najpierw dostałem swój pokój (który miałem dzielić z lalkami Rafaeli), później wręcz swój dom. Należy do brata Moniki, który akurat jest gdzieś indziej. Pierwsza rozmowa – o doktoratach, jak socjolog z socjologiem. Pierwsze wyjście z domu - z psem, do sklepu bo obiad. Wybrałem kurczaka, który smakuje jak wątróbka z niekurczaka, zamówiłem trzy kilogramy (tuziny?) bułek zamiast trzech bułek (błąd w porę naprawiony) i kupiłem pomarańczę, która miała być limonką. Herbata z pomarańczą brazylijską daje radę. Co dalej? Nie wiem, odsypiam i się zastanawiam. Tu jest dobrze.środa, 12 marca 2008
2 tysiace mil na(nie?)ziemskiej zeglugi
Podroz z Uyuni w Boliwii do Sao Paulo w Brazylii trwala 6 dni. Zaczelo sie niepozornie. Autobus z Uyuni do Sucre, przez Potosi. Na pierwszym odcinku osob bardzo malo, komfort, spokoj itp. Tylko droga, ktora w samochodzie terenowym dawala posmak przygody, tu dawala posmak nudnosci i trzesienia wzroku. W Potosi wysiedli wszyscy, wiec razem z kierowcami poszedlem na plato completo- kurczak, ryz, frytki i slata. 3 zl. Niestety, ci co wysiedli wiedzieli co robia. W ich miejsce wsiedli bowiem robotnicy z Sucre pracujacy w okolicy. Syk otwieranych puszek piwa, tlok i wszechobecny zapach ciezkiego dnia pracy. Obok mnie siedzial Luis, ktory okazal sie calkiem komunikatywnym sucraninem. Codziennie dojezdza do Potosi 3-4 godziny do pracy (zalezy od ilosci deszczu i osuniec ziemi na drodze) i tyle samo wraca. Mile 4 godziny rozmowy uprzykrzone tylko robotniczym wyziewem Luisa. W sumie po 9 godzinach dotarlem do Sucre. Zapytalem sie policjanta gdzie jest hostel i zaprowadzil mnie pod same drzwi. Niemalze jak w Polsce...
Przy sniadaniu w hostelu poznalem dwie Francuski, dwoch Izraelczykow i Holendra. 4 wina, 2 gitary, jedna harmonia i gra muzyka.

Wystepy...

...oraz widownia
Na miradorze kilka przemilych godzin, by o 16 wsiasc w kolejny bus, do Santa Cruz. W owym autobusie o 16, upojne 16 godzin. Wazne, zeby zycie bylo zrownowazone, a symetria jest przeciez piekna...
Dojechalem rano, po 18 godzinach- osuniecia ziemi itp. W autobusie poznalem dwoch milych Amerykanow, ktorzy sprawiali wrazenie jeszcze bardziej zagubionych ode mnie. Ostatni miesiac spedzili w Sucre uczac sie hiszpanskiego i zapomnieli juz chyba, jak to jest sie przemieszczac. Zjedlismy pyszne indianskie sniadanie na bazarze (nie pamietam jak sie nazywalo, ale kosztowalo 2,30 zl). Na poczatku mialem w planach spedzic noc w Santa Cruz, a pozniej samolotem badz pociagiem ruszyc w dalsza droge. Los, w postaci wysokich kosztow przelotu i bezdusznych rozkladow jazdy pociagu, chcial inaczej.
Juz o 16 (ta godzina cos znaczy...) siedzialem na dworcu kolejowym w Santa Cruz. Pociag kosztowal 45 zl, byl klimatyzowany, mial telewizor i lunch na pokladzie. PKP? Podroz miala zajac 15 godzin, czulem ze moze to jednak byc 16... Bylo 26, intuicja zawodzi, jak to z niekobieca. Ok 6 rano pociag stanal na stacji typu stacja, sklepik i nic ponad to. W Australii nazywa sie to outbackiem tudziez middle of nowhere. U nas nie wiem, jedyne co mi przychodzi do glowy jest raczej niecenzuralne. 
Rzeczywistosc stacyjno-stacjonarna
W owym miejscu spedzilismy kolejnych 8 godzin, przyczyna byla rolnicza blokada torow. Powstaly nowe przyjaznie, znajomosci. Zycie na stacji nie bylo nudne. Zaserwowano nam darmowe sniadanie, pozniej obiad, a kolacja byla juz blisko. O zmierzchu dotarlismy do granicy, po drugiej stronie widac bylo swiatla Brazylijskiej Corumby. Ze wzgledow finansowych spalem po stronie Boliwijskiej. Wentylator emitujacy poziom decybelii porownywalny do ciagnika rolniczego Ursus i karaluszek spadajacy na nos w srodku nocy. Budget travel.
Rano wizyta nad Pantanalem, super ladnym jeziorem z mega ciekawym ekosystemem... Spedzilem tam 5 minut, wiec nie potwierdze ani nie zaprzecze.

Gimnastyka Pantanal way
Sniadanie z para Boliwijczykow, ktorzy w wieku lat 30 kilku pierwszy raz przekroczyli granice swojego kraju. Jechali jednak tylko na granice, nigdzie dalej... 

Sniadanie w Brazylii
Formalnosci na dworcu i autobus do Campo Grande. Rogerio, brazylijczyk poznany na slynnej boliwijskiej stacji, opowiadal zebym sie nie martwil, ze jak juz bede w Brazylii to wszystko bedzie dobrze, dobre drogi, punktualne autobusy itp. Po godzinie autobus sie zepsul i czekalismy godzine na nastepny.
Na tym etapie wpis ten moze sie juz wydawac monotonny. Moglbym np. przerwac i napisac ciag dalszy za jakis czas. Nie mniej, jak chyba mozna sobie wyobrazic, ta podroz na tym etapie byla juz bardzo monotonna i meczaca. Czytelnik ktory zatem zacisnie piesc i doczyta go do konca bedzie sie ze mna nieco bratal w cierpieniu, ktore, czego sie zupelnie nie spodziewalem, mialo dopiero nadejsc.Cierpienie
Czekanie w klimatyzowanym, wygodnym busie brazylijskim moze byc czynnoscia calkiem przyjemna. Podrozuje aktualnie literacko z R. Kaplanem, ktory z koleji podrozowal akurat po Iranie w swej wyprawie na krance swiata. Niestety. Kierowca zbliza sie niebezpiecznie do telewizora i odpala show. Nie jest to film, jest to nagranie z brazylijskiego koncertu country. Chlopaki graja w jezyku calkowicie mi obcym. Graja glosno. Graja tak, ze zagluszaj mi literki. MP3 player nie pomaga, zeby zagluszyc country musialby rozsadzic mi bebenki. Mijaja minut, wlos sie jerzy, glowa boli, masakra. W koncu wybralem skwar na zewnatrz, mimo, ze przezorny kierowca-kat zabronil nam wychodzic. Po godzinie podjezdza drugi autobus. Gdy do niego wchodzimy leci Apollo 13, rodzi sie nadzieja. Niebezpieczny kierowca zbliza sie do video i nadzieja umiera. Tym razem puszcza nam zespol Christian Rolls (rowniez po portugalsku). Juz po chwili poznaje kunszt Rollsow. Abba przy nich, to szczyt kultury wysokiej. Juz po chwili wszystko zaczyna mnie bolec, rozdrazniony jakbym zjadl paczke drazy chinskich. Na Kaplana nie ma szans, probuje z mp3. Sting spiewa jak bardzo krusi jestesmy, zgadzam sie z nim calkowicie. W przerwie docieraja do mnie dzwieki bebnow Christian Rollsow. Sting zmienia strategie, i wysyla SOS to the world, ja wysylam do kierowcy. Przez chwile Rihanna prosi, by nie wylaczac muzyki. Przelaczam ja, to bylo naprawde niestosowne. Dalej Allanis Morisette sugeruje ze jest krolowa bolu. Chyba wiem kto jest jego krolem w tym momencie... Na koniec Magda Umer prosi o uciszenie serc (z bebnami Christian Rollsow w tle). Serce uciszone, bo chlopaki w koncu skonczyli grac. Na niektorych zawsze mozna liczyc.
Koniec Cierpnia
Do Campo Grande dojechalismy po 8 godzinach, czyli z dwiema opoznienia. Moj autobus stamtad do Sao Paulo powinien byl juz dawno odjechac. Czasem jednak pewne rzeczy sie udaja-spoznil sie 3 godziny wiec nawet troche na niego poczekalem. Rzutem na tasme ostatnie 13 godzin jazdy do wielkiej metropolii. W Sao Paulo juz tylko 3 linie metra w godzinach szczytu z dwoma plecakami. Tranquillo.

Pablo podbija metro w Sao Paulo
Spie u znajomych z Polski. To jest prawdziwy dom, karaluchy nie spadaja na glowe, ciepla woda pod prysznicem, no a przede wszystki rodzinna atmosfera. Bylismy tez na plazy. bylo cudownie, Nicnierobienie, potrzebowalem tego bardziej niz myslalem. Spedzilem tam tydzien, a dzis w nocy przejechalem do Rio de Janeiro. W Rio pada, Jezus spoglada zlany strugami deszczu, Pablo nie wychyla nosa z kieszeni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



