No i pojechali. Ale gdzie tam, że na rok czy dwa. Dwie niedziele raptem tego było. I jeszcze dni kilka bo droga długa. Po prawdzie, to mieli jechać raczej gdzieś na południe, w Bieszczady. A wyszło, że za ocean. Ojce i matki trochę zmartwieni, że daleko. To znaczy jej bardziej, bo jego to nawykli. On tak wagabundzi już długo, w domu spokojnie usiedzieć nie może, gospodarką się przez internet zajmuje mówi. Ona na to, że inspiracji szukać musi, bo na swoim jest i wymyślać co rusz coś trzeba. No to ich zatrzymać nie sposób było.
Blog o podróżach i rzeczach z nimi związanych. Można tu znaleźć wpisy z zakończonej, rocznej podróży dookoła świata (2007-2008), pięciomiesięcznej włóczęgi po Ameryce Południowej (maj-wrzesień 2011), a także relacje z innych mniejszych i większych wypraw i wycieczek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 4 listopada 2014
środa, 21 września 2011
Wpis z widokiem na Amazonkę
![]() |
| Wyspy San Bernardo |
Z Tolu (okolicy wysp San Bernardo) pojechaliśmy do Guajiry. Lepszy autokar, noc w Santa Marcie, gorszy autokar, Taksówka z miejscowości Cztery Drogi (Cuatro Vias, były cztery bez żadnego matactwa) i samochód terenowy czyli trzy godziny trzęsienia "na pace" po drodze, której prawie nie ma. Wszystko po to, żeby poznać Indian Wayuu. Ci Indianie to nie jest łatwy kawałek chleba. W sumie jest ich około 400 tysięcy. Mieszkają jedną nogą w Kolumbii a drugą, nieco większą, w Wenezueli. A tak naprawdę to mieszkają u siebie. Preferują małe, rozstrzelone osady. Kilka domów i dość dużo kóz - ot typowa Wayuu wioska. My byliśmy w Cabo de la Vela, większej, rybackiej osadzie z centrum zdrowia i murowaną stacją policji, która wciąż czeka na policjantów. Możliwe, że przyjadą w grudniu, razem z prądem.
czwartek, 8 września 2011
Dragi. Dla równowagi
Ponieważ, jakby powiedziała Natalka B., ostatnio za dużo tu Astrid Lindgren, a za mało Salingera, postanowiłem napisać dziś o czymś innym. A że jesteśmy w Kolumbii, kokaina i inne używki same cisną się na klawiaturę. Jak ktoś jest bardzo negatywnie nastawiony do narkotyków i chce mnie dalej lubić, to może nie powinien czytać. Z drugiej strony, może powinien przeczytać tym bardziej.
Siedzimy na krawężniku pod barem Havana w Cartagenie i popijamy piwo. Podchodzi pan uliczny sprzedawca i oferuje papierosy. Dziękuję, nie palę. Batoniki? Nie. Marihuana? Nie. No to może kokaina? Nie. Lekko zdziwiony odchodzi pytać dalej.
wtorek, 6 września 2011
Playa Blanca
Ja nie chcę nikogo denerwować, nie wiem jak jest teraz w Polsce, ale u nas było ładnie. Jak ktoś siedzi w biurze i nie jest mu dobrze, to może niech nie zagląda do tych zdjęć.
Ostatnie cztery dni spędziliśmy pół godziny drogi łódką od Cartageny, w miejscowość Playa Blanca.
czwartek, 1 września 2011
Z powrotem w drodze
Droga z Bogoty do Mompoxu zajęła dwadzieścia sześć godzin. Dwa autobusy, jakieś filmy, hamburger, frytki, Holocaust z Hanną Krall. Za oknem góry i doliny, posterunki policji i kierowcy typu macho. Prawdziwe atrakcje przyszły jednak w końcówce. Z Bucaramangi przyjechaliśmy o świcie do El Banco, a stąd do Mompoxu już niby rzut kamieniem - dwie godziny drogi samochodem terenowym. Samochód jednakże dość stary, kierowca jakby bez szkoły i wszystko nie tak. Gasł, psuł się, przeciekał, zakopywał, aż w końcu, już bardzo blisko Mompoxu, padł zupełnie. Zjechali się koledzy szwagra, krowy przyszły na drogę i robiły mu mu, ale silnik ani mru mru.
czwartek, 25 sierpnia 2011
The ultimate party bus
Ostatnie dni nie obfitowały w rzeczy szczególnie ciekawe do opisania.
Najdłuższe trekkingi – do sklepu po bułki.
Największa przygoda – jak nie wziąłem lekarstwa o wyznaczonej godzinie.
Widoki – z okna, na podwórze. Raz spadł grad i zalało cały ogród. Żyłem tym cały kolejny dzień.
Teraz wszystko się zmieniło. Po pierwsze wyzdrowiałem. Mogę chodzić, skakać, podnosić różne gadżety. Bardzo przyjemny stan rzeczy. Zmieniły się też psy, bo jestem w Kolumbii, a tu są kolumbijskie psy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



