Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 sierpnia 2012

Przewodnik - kreator światów


Jestem na Helu przez większość lata i niedługo coś o tym napiszę, albo przynajmniej wrzucę zdjęcia. Tymczasem, na wakacje, chyba najdłuższy tekst jaki się na tym blogu kiedykolwiek ukazał. Pierwszą połowę już wcześniej publikowałem, ale potem mocno zmieniłem i teraz jest poprawiona całość. Zapraszam do wakacyjnej lektury.


Kiedy wyjeżdżałem na wyprawę dookoła świata w plecaku było niemalże wszystko – ubrania, lekarstwa, płetwy, jodyna i inne cuda. Nie było natomiast przewodnika po Meksyku, moim pierwszym przystanku. Z lotniska pojechałem nie tym autobusem i zatrzymałem się w złym hostelu. W słabej restauracji umiałem zamówić tylko piwo i inne tego typu nieszczęścia. Błąd szybko naprawiłem i po kilku dniach leciałem spędzić dwa tygodnie na Kubie z nowiutkim przewodnikiem po tej rewolucyjnej wyspie. Miesiąc później, z powrotem w Meksyku, zajrzałem do innego przewodnika. Wyczytałem w nim, że w nocnych autobusach z Meridy do Palenque często okradają turystów. Za późno – tydzień wcześniej sam zostałem okradziony na tej właśnie trasie. Wraz z laptopem i aparatem bezpowrotnie zginęły zdjęcia z Kuby. 

Przewodniki-książki nie są stare ani jak świat, ani jak podróże. Co innego przewodnik-człowiek. Ten, mniej lub bardziej kompetentny, zawsze się znalazł. Pokazywał drogę, tłumaczył lokalny język, doradzał, odradzał, zaradzał. Opowiadał lokalne historie. Z grubsza tak jak teraz, z tym, że teraz jest jeszcze internet i książki. Jak taki przewodnik opowie nam, że za daną górą żyją smoki i nikt żywy stamtąd nie wrócił, to możemy poszukać owych smoków na Google Earth. Taki pierwszy z brzegu Herodot nie miał tej możliwości, w związku z czym o różnych dziwach pisał, a przez następne tysiąclecia inni czytali. Czytali często to, co powstało w głowie jakiegoś wiejskiego chłopca w okolicach Morza Śródziemnego dwa i pół tysiąca lat wcześniej. Ja sam odwiedzającym mnie niedawno Kanadyjczykom opowiedziałem (nie z premedytacją) o Bazyliszku z Wawelu... Niestety mieli też przewodnik po Krakowie i wyszło zupełnie inaczej niż powinno. Tata-Kanadyjczyk powiedział wtedy kurtuazyjnie, choć w przewodniku jest to opisane nieco inaczej, to moja opowieść bardziej mu się podobała. 
Przewodników brało się też trochę dla bezpieczeństwa, mieli przeprowadzać szlakami wolnymi od bandytów. Czasem jednak prowadzili prosto do nich – bandyci płacili lepiej, a robota była krótsza. Pamiętam jak zapytałem naszego przewodnika w Kambodży, czy karabin nosi na ludzi czy zwierzęta. Jedno i drugie, odpowiedział, a ja zastanawiałem się co będzie dalej. 


środa, 25 stycznia 2012

Pożegnania w podróży

W podróży nie robi się kilku rzeczy. Nie nastawia budzika zbyt pochopnie, nie wychodzi z miejsca kwaterunku jeśli pogoda nie dopisuje, nie chodzi do pracy czy szkoły, nie odśnieża podjazdu i, mówiąc ogólnie, nie dba za bardzo o upływ czasu. Z drugiej strony, jest wiele rzeczy, które robi się znacznie częściej niż w domu. Wstaje z permanentnym uśmiechem na twarzy, je różne dziwne rzeczy, mówi nad wyraz często w języku obcym i wiele, wiele innych. Wnikliwy czytelnik, który zwrócił uwagę na tytuł tego posta, może się już trochę domyślać o czym dokładnie autor tym razem chce napisać.


W podróży często trzeba się żegnać. Tak naprawdę. Tak jak w Casablance.



Pożegnania zna każdy, z tym, że głównie z filmów. Bo kiedy ostatnio żegnaliśmy się z kimś tak naprawdę? Mi na przykład nie zdarza się często. Bo co innego widzieć kogoś po raz ostatni, a co innego o tym wiedzieć przy okazji owego widzenia. Sama ostatniość pożegnania nie czyni. 

poniedziałek, 26 września 2011

Nostalgia w podróży

Pani Alina zapytała mnie w komentarzu do poprzedniego wpisu, czy jest coś, czego szczególnie brakuje w trakcie podróży. Pytanie wydaje się ciekawe, mam nadzieje, że odpowiedź również. 

Mam dwa pomysły na "po pierwsze" i nie wiem, na który się zdecydować. Będzie zatem pierwsze "po pierwsze" i drugie "po pierwsze". Albo, stosując starą technikę, malinowe i truskawkowe "po pierwsze". Numery narzucają w końcu kolejność, a owoce to już kwestia prywatnych preferencji. 

sobota, 6 sierpnia 2011

Uśmiechnięte wspomnienia

W Montanicie spędziliśmy trzy dni. Stały, dobry swell (czyli fale, a dobry to w naszym wypadku nie za duże fale). Niestety oprócz swellu były też chmury i deszcz. Przyznaję otwarcie, że w tych warunkach nieco brakowało surf-zacięcia Niby tak czy siak mokro, ale jak świeci to jakoś przyjemniej spadać z tej deski. A upadków było dużo.


poniedziałek, 4 lipca 2011

Villazon - Uyuni - La Paz czyli kontrasty

Villazon, czyli granica Argentynsko-Boliwijska to inna planeta. Juz strona argentynska przypomina bardziej Boliwie. Indianie, a nie biali imigranci, balagan, stare autobusy, tradycyjne stroje, handlowanie wszystkim. Przejscie mostem przez graniczna rzeke szybko jednak rozwiewa watpliwosci. W Boliwii jeszcze starsze samochody, jeszcze wiecej wszelkiej masci handlu (na topie jest papier toaletowy z Argentyny), balganu, dziurawych drog. Widzialem tez kobiete bez zbednych zahamowan zalatwiajaca sie na ulicy. Troche mimo wszystko tesknilem za ta Boliwia, nie wyglada zeby zbyt duzo sie tutaj zmienilo od mojej ostatniej wizyty.

sobota, 23 kwietnia 2011

Wpis #99 - Jak zrealizować podróż dookoła świata

Dziewięćdziesiąty dziewiąty post. Następny będzie setny, a to zasługuje na coś specjalnego. O tyle są szanse, że ruszamy (z Pablem Drugim) w kolejną, dość długą podróż. Najpierw, pierwszego maja do Portugalii na tydzień. To jeszcze nie szaleństwo, ale myślę, że będzie dobrze. Później, dziesiątego Maja do Ameryki Południowej na cztery i pół miesiąca. Będą wpisy, nie ma wyjścia, początek nowej przygody.

W tej sytuacji, skoro wpis setny będzie początkiem nowej historii, niech wpis #99 będzie w jakiś sposób podsumowujący dotychczasowe, okołopodróżnicze doświadczenia. Trochę ich jest, co nieco już tutaj pisałem, ale napiszę coś nowego. Napiszę jak, moim zdaniem, można doprowadzić do realizacji podróży dookoła świata. Szczerze mówiąc zrobiłem to już dwa tygodnie temu na potrzeby finału konkursu Fuji. W tym miejscu bardzo Fuji podziękuję i dodam, że zdjęcia w poniższej sesji robiłem ich aparatem FinePix X100. Aparat zacny i uroczy i nikt mi (niestety) nie płaci za to, że to piszę. Podziękuję też Natalii, która pomogła mi zrealizować sesję. Jej tez nikt za to nie zapłacił.
A więc:
W 12 kroków do spełnienia marzeń.




1. Idea


Podróż dookoła świata nie jest oryginalnym pomysłem. Marzy o niej większość Polaków, a planuje ją zrealizować zaraz po wygranej w Lotto. Jakkolwiek jest to bez wątpienia idea, to przyszły obieżyświat  potrzebuje Idei przez duże I. Żeby wyjechać, trzeba bardzo tego chcieć, inaczej szanse sukcesu są znikome. Ta Idea musi zacząć kształtować wszelkie czyny - dyktuje sposób spędzania czasu i pieniędzy, pochłania niemalże bez reszty. Z raz zaszczepioną w głowie Ideą przez duże I musi się udać. Nie ma innej możliwości.


Jak rodzą się Idee? Ja na przykład zobaczyłem kiedyś w witrynie biura podróży kartkę z napisem „Bilety dookoła świata”. To było to. Nie minęły 4 lata, a już stałem się szczęśliwym posiadaczem takiego biletu rozpisanego na 11 miesięcy.
2. Fundusze


Tym, co sprawiło, że od Idei do realizacji minęły 4 lata, były przede wszystkim kwestie finansowe. Podróż dookoła świata swoje kosztuje, niezależnie czy trwa 80 dni czy okrągły rok. No właśnie, „swoje” to znaczy ile? Odpowiedź godna socjologa: „to zależy”. Bezcenną pomocą w szacowaniu kosztów są książkowe przewodniki. W przewodnikach można wyczytać ile wynosi budżet podróżnika w danym kraju w zależności od stylu jego podróżowania. Generalnie rzecz ujmując, w większości krajów świata wagabundzie 1000 Dolarów Amerykańskich miesięcznie starczy z dużą nawiązką. Haczyk jest taki, że większość krajów świata jest biedna i nie każdy podróżnik chce odwiedzać właśnie je. Co nie zmienia faktu, że mógłby, od czasu do czasu spędzając kilka chwil w krajach nieco droższych. 12 miesięcy to zatem 12.000 USD ( w tym wliczono cenę przejazdów i przelotów). To dużo, ale pamiętamy że podróż RTW (Round The World) to nasza Idea przez duże I. Jedna paczka papierosów dziennie to ok 120 dolarów miesięcznie. 6 piw tygodniowo w Warszawskim lokalu to ok 90 dolarów. Jeden mały nowy samochód to już prawie podróż, a jedna wygrana w lotto... Do tego, szczęśliwi posiadacze mieszkania po babci mogą owe mieszkanie wynająć będąc w podróży. Da się.

3. Towarzystwo
To z kim (jeżeli z kimkolwiek) pojedziemy warto zacząć ustalać dość wcześnie. Dlaczego? Dlatego, że potencjalnie niewiele osób jest w stanie odpowiedzieć na następujące pytanie „tak”



  • – Cześć, jadę w środę dookoła świata na 10 miesięcy, może pojedziemy razem?

On/ona/oni też muszą mieć czas na zebranie funduszy, dajmy im go.
Czy towarzystwo jest potrzebne? Na pewno się przydaje. 

Jak stwierdził, po dwuletniej, samotnej tułaczce po bezludnych rejonach USA Christopher McCandless „Happines only real when shared” (Into the wild) czyli, w wolnym tłumaczeniu: „Szczęście jest prawdziwe tylko wtedy, gdy z kimś je dzielimy.” 


Z drugiej strony, w podróży nie musimy ograniczać się do bezludnych wysp. Sporo osób na świecie ma podobną Ideę do nas i z pewnością spotkamy je na trasie - na promach, łódkach, pociągach, w hostelach, barach i dyskotekach. Moim towarzyszem podróży zabranym z Polski był mały pluszowy miś, a na palcach jednej ręki mogę policzyć dni, w których czułem się samotny. 
4. Paszport

Wyobraźmy sobie taką sytuację: uzbieraliśmy strasznie dużo pieniędzy, kupiliśmy bilet, spakowaliśmy się i bierzemy do ręki paszport. A tam
  • nie ma miejsca na wizy
  • Zdjęcie z czasów gdy byliśmy o 50 cm niżsi
  • Termin ważności upływa za tydzień
  • Bóg wie co jeszcze.

Wyrobienie paszportu zajmuje trochę czasu a Dookołaświat nie jest jeszcze w Unii Europejskiej, dlatego o paszporcie warto pomyśleć zawczasu. 
Na pocieszenie dodam, że w przypadku utraty paszportu zagranicą, w każdej ambasadzie można wyrobić nowy, ważny rok (kiedyś były tylko takie ważne 2 tygodnie), z którym bez lęku obieżyświat może kontynuować świata obieżanie... (?)

5. Motyw Przewodni


Świat jest duży. Naprawdę, bardzo duży. Myślimy, że rok czasu to też dużo, ale względem wielkości świata zupełnie nie. Niedługo trzeba będzie wybrać trasę. Żeby to zrobić względnie sprawnie warto mieć jakiś motyw przewodni. Pasja w życiu to ważna rzecz, a jej realizowanie to dobry sposób na życie. I tak, jeśli ktoś np uwielbia kościelne organy, powinien pojechać w świat podziwiając je na różnych długościach i szerokościach geograficznych. Jeżeli ktoś kocha nurkować, to ma łatwo (świat dobrze nadaje się do nurkowania, w 2/3 składa się z wody), ale też trochę drogo. 
Ktoś, kto kocha paralotnie, powinien na nich latać, a ten, kto uwielbia miejscowości zaczynające się na F powinien poszukać takowych na wszystkich kontynentach. 





Nieważne gdzie, ważne żeby z pasją,  wszystkiego i tak nie da się zobaczyć. Zresztą, to chyba dobrze, bo życie mogłoby gdzieś po drodze stracić sens.


6. Umiejętności


Zależnie od Motywu, konieczne będą różne umiejętności. Przed podróżą warto nauczyć się nie tylko jakiegoś języka/języków obcych ale też np. 
  • obsługi Skype’a i emaila, żeby się przypadkiem gdzieś bardzo daleko w Kambodży nie powiesić ze wspominanej już wcześniej samotności.
  • nurkowania, jeśli chcemy nurkować
  • wspinaczki, jeśli chcemy się wspinać
  • zszywania własnych, rozciętych części ciała, jeśli chcemy samotnie opłynąć świat.
  • fotografii, bo brzydkich zdjęć nikt sobie nie wybaczy i całą podróż trzeba będzie powtórzyć...
    7. Plan Ramowy

    Mając motyw, zbierając fundusze i nabywając umiejętności pora stworzyć ramowy plan podróży. To bardzo przyjemna część całego przedsięwzięcia. Plan musi być i musi być ramowy. Dookołaświat to przepiękne, zaskakujące i tajemnicze miejsce, które trudno okiełznać jeżdżąc palcem po globusie. 


    Trzeba będzie kupić bilet RTW (albo odpowiedni jacht), ale taki bilet nie ogranicza nadmiernie. W tym momencie znów niezastąpione są przewodniki turystyczne, które opowiadają o realiach danych krajów i regionów i sugerują nam, gdzie udać się można, a gdzie zdecydowanie trzeba. Idee te potraktujmy jak sugestie, nic więcej. Wszystko ułoży się jakoś po drodze. 

    8. Transport


    W podróży korzysta się z różnorakich środków transportu. Na prozaicznych samolotach począwszy, przez promy, statki, pociągi, samochody, barki, autobusy, na podróżniczych nogach skończywszy. O ile nóg nie trzeba wcześniej rezerwować, o tyle bilet lotniczy warto (pomijam w tym miejscu posiadaczy adekwatnego jachtu, zakładam, że oni świetnie wiedzą jak się poruszać w Dookołaświecie). Bilet RTW jest oferowany przez dwa największe alianse lotnicze – Star Alliance i One World. Latają w nieco odmienne miejsca dlatego to, gdzie chcemy jechać determinuje wybór przewoźnika. Bilet charakteryzuje się kilkoma regułami, nieco odmiennymi w zależności od aliansu. Najogólniej rzecz ujmując trzeba lecieć tam, gdzie latają, należy poruszać się w jednym kierunku (wschód lub zachód), a podróż może trwać od tygodnia do jednego roku.  Największe zalety to niska cena i elastyczność – daty przelotów zmienia się bez dodatkowych kosztów. W ten sposób można przemieszczać się między kontynentami i dużymi miastami, niemniej wiele ciekawych miejsc pozostaje dla wielkich samolotów niedostępna. Dużym problemem są zwłaszcza połączenia wewnątrz Afryki i Ameryki Południowej. Z drugiej strony przeloty wewnątrz Ameryki są oferowane przez lokalnych operatorów, a oprócz nich pozostają autobusy, tramwaje i tuk tuki. Dla przykładu, z USA na Kubę nie da się polecieć. Nie jest to jednak poważny problem. Loty do Tulum w Meksyku są bardzo regularne, a tam wystarczy wejść do dowolnego biura podróży i kupić bilet do Hawany na następny dzień. Centralnie planowane ceny biletów Air Cubana nie ulegają większym zmianom przez cały rok. 

    9. Zakwaterowanie


    Baza hotelowa w Dookołaświecie jest bardzo rozbudowana. Nie zmienia to faktu, że mało jest osób które chciałyby cały rok spędzić w hotelowych pokojach. Hotel nie jest również instytucją najtańszą i dość trudno poznaje się w nim innych ludzi. Z racji tych problemów świat wynalazł hostele/schroniska młodzieżowe. W takich schroniskach często (ale nie kzawsze) dzieli się pokój z innymi. Są tam kuchnie i przestrzenie prospołeczne - typu stół/kuchnia/basen/dwa hamaki obok siebie. W dobrym hostelu można poczuć się jak w domu, zasięgnąć języka, dobrać kompanów na jakiś odcinek dalszej trasy itp. Przyszły obieżyświat powinien zaprzyjaźnić się z instytucją hostelu. Ponadto warto zakolegować się z Couchsurfingiem i/lub Hospitality Club. Są też namioty, ławki w parku, wieżyczki strażnicze na Chińskim Murze, mili ludzie którzy przygarną nas do siebie...

    10. Szczepienia i lekarstwa


    Nie ma tego aż tak dużo, ale trzeba o tym pomyśleć zawczasu. Idzie się do kliniki zajmującej się chorobami tropikalnymi, słucha, co lekarz ma nam do powiedzenia, zaciska się zęby i znosi kilka zastrzyków, a także kupuje tanie lekarstwa przez internet. Lekarstwa na malarię to dość droga rzecz, ale chorowanie na malarię jeszcze bardziej. Ponadto koszta mogą nie ograniczać się do pieniędzy.


    11. Pakowanie

    Najlepiej zawczasu, choć chyba każdy (a przynajmniej ja) i tak pakuje się w nocy przed wyjazdem. Świat jest duży, szafa nieco mniejsza, ale plecak jeszcze mniejszy. 


    O walizce należy zapomnieć, chyba, że jesteśmy bogatymi ekscentrykami. W Dookołaświecie można dużo rzeczy kupić (często taniej niż u nas), ubrania da się wyprać, a garnitur nie powinien być niezbędny. Z plecakiem często trzeba będzie chodzić, drogie rzeczy kradną a o tragarzy bywa trudno. Swój spakowany plecak powinniśmy być w stanie unieść i przejść z nim swobodnie kilka kilometrów nie przeklinając całego świata. Inaczej podróż będzie mordęgą, a plecak mocno nas ograniczy. W podróż wystarczy wziąć jedną/dwie książki. W hostelach znajdują się punkty wymiany i po przeczytaniu jednej można ją wymienić na coś nowego. Nawet na Ziemii Ognistej można czasem trafić książkę po polsku, a angielski jest językiem obowiązującym.
    12. W drogę!

    Paszport, plecak, bilet, latarenka i koc. Idea stała się rzeczywistością, na samolot warto się nie spóźnić, uśmiech na twarzy nieco opanować, a pocenie się dłoni przed wyjazdem w nieznane to sprawa naturalna. Będzie dobrze, marzenia trzeba realizować, a świat stoi otworem!

    sobota, 4 października 2008

    Wspomnienie szarego misia

    Rzeczywistość zaatakowała z pełną mocą- zajęcia na studiach, rozmowy o pracę, naprawić pralkę, pies się zsikał, itd. Większość znajomych pisze już swoje prace magisterskie, ma różne poważne zajęcia i rzadko pojawia się w instytucie. W ich miejsce pojawili się młodzi, "żądni wiedzy" adepci sztuki  socjologicznej. Niby nic, a człowiek czuje się jakoś nie na swoim miejscu. Nie należę już ani do grona ludzi z którymi zaczynałem studia, ani do tych z którymi studiować przyjdzie mi teraz. Z drugiej strony będzie okazja, by tych młodych wilków poznać po raz pierwszy, a starych znajomych odkrywać ‘na nowo’ - poznawanie nowych ludzi zawsze sprawia mi dużo przyjemności. 

    Powrót do Domu ma dwie twarze. Z jednej strony jest to oczywiście zderzenie z prozą życia, koniec przygody, monotonnia itp. Z drugiej strony ten Dom, jego idea, zawsze dawała poczucie spokoju. Świadomość miejsca, które gdzieś tam jest, do którego zawsze można wrócić, pozwalała przetrwać wszelkie trudne momenty. Do tego krótkie chwile tęsknoty nie były w sumie aż takie złe. Wielu ludzi, których poznałem po drodze nie miało takiej sytuacji jak ja. Nie mam na myśli jakichś drastycznych przypadków tylko te prozaiczne- nie zaczęte studia, brak pracy, mieszkania. Ci ludzie, chcąc lub nie, uświadomili mi jak wiele mam. Oczywiście nigdy nie spieszyło mi się bardzo do domu, ale gdy już nadszedł czas powrotu nie byłem specjalnie smutny. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że byłem wesoły. Myślę, że Nomadą (wcześniej myślałem, że Nomadem, ale mama mnie poprawiła) trzeba się urodzić, nie można się nim stać. W przeciwnym wypadku Dom musi zawsze gdzieś tam być. Żeby do niego wracać, żeby za nim tęsknić, żeby go wspominać. Bez Domu z tyłu głowy trudno być szczęśliwym nawet w najpiękniejszych miejscach świata. 

    Rano, przed wyjściem na pierwsze zajęcia spojrzałem się w lustro. (o głębokich przemyśleniach egzystencjalnych przy okazji spoglądania w lustro są miliony blogów, ale spokojnie, nie zamierzam iść specjalnie długo w tym kierunku). To spojrzenie było o tyle inne od większości pozostach (mamy w domu dużo luster więc i spojrzeń dużo) gdyż spojrzałem się w nie w pewnym, konkretnym celu. (5 powtórzeń słowa ‘spojrzenie’…i jak tu wydać książkę?) Próbowałem znaleźć coś, co się zmieniło, jakiś fizyczny dowód na przebytą przeze mnie drogę. Bezskutecznie można powiedzieć. Żadnych poważnych blizn czy znamion, waga zbliżona, nawet fryzura ta sama.  Wtedy zobaczyłem małego białego misia. Siedział sobie na nocnej szafce, na drugim, lustrzano-odbicianym planie. Wyglądał zupełnie jak Pablo (co, w przypadku bliźniaków, jest stosunkowo typowe). Nie był to jednak taki Pablo jakiego pamiętam. Ten jest bielutki, kudłaty, zadziorny i pełen animuszu. Tamten był szary z odrobiną innych, różnokolorowych plam. Smagany słońcem Brazylii i wiatrami Patagonii. Sponieweiranym przez tajskie barmanki i rozchwtytywanym przez angielskie turystki. I tamtemu nie pomogło już żadne pranie  (próbowałem, naprawdę). Tych plam i kołtunów nikt mu już nie zabierze. To, przez co przeszedł zostawiło na nim ślady absolutnie niespieralne. Chyba mało który pluszowy miś może być tak dumny ze swojego zdecydowanie opłakanego stanu. Myślę, że choć to dość niepoważne, to ten mały, szary miś mógłby powiedzieć o mnie bardzo dużo. Nie tyle głęboka analiza porównawcza braci bliźniaków, co jedno małe spojrzenie pokazałoby przez co razem przeszliśmy. Jedno małe zdjęcie szarego misia mogłoby powiedzieć więcej, niż sto tysięcy słów. Miś się jednak zgubił, a ja muszę się teraz odnaleźć za nas dwojga. 

    W ten oto sposób kończymy podróz i przygodę z blogiem. Pisząc dalej dołączyłbym do wielkiego grona osób piszących o spoglądaniu w lustro, przez okno, tudzież pod dywan. Bloga oczywiście nie kasuje. Może za jakiś czas zabiorę nowego Pabla na jakąś powazniejszą wyprawę… wtedy napewno wrócimy, niech chłopak ma swoje pięć minut- pozna trochę świata i zyska odrobinę rozgłosu. Póki co-Rzeczywistość. Za kilka tygodniu spróbuję zorganizować w Warszawie mały pokaz slajdów i krótką opowieść. Zapraszam serdecznie wszystkich! Napiszę tutaj szczegóły jak tylko jakieś będą. A teraz chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy to, co pisałem, czytali. To co przeżyłem było niesamowite, a fakt, że mogłem się tym z kimś podzielić, a może nawet kogoś zainspirować dawał mi dużo radości. Tyle chyba starczy, i tak jest już sporo. 
    Dziękuje.

    wtorek, 30 września 2008

    Dom.

    Ale po kolei -wróćmy do BA12. BA12 wystartował z godzinnym opóźnieniem. To niewiele, zważywszy, że lot trwał ponad 13 godzin, a do Londynu i tak doleciałem o czasie. Odcinek Dublin-Londyn to zupełnie inna historia- na lotnisku półtorej godziny przed odlotem, później godzina opóźnienia, a sam lot trwał 50 minut. Krótkie loty są absolutnie beznadziejne. 
    W pierwszym samolocie otworzyłem magazyn promujacy miejsca wakacyjne, do których latały dane linie lotnicze. Jaka piękna plaża! Oczywiście, że pięknie, to plaża w Tulum, początek mojej wyprawy (listopad). W telewizorze Indiana Jones ululał mnie do snu zwiedzając prastare linie Nazca w Peru (luty). W pociągu z lotniska reklamy Nowej Zelandii i na zdjęciu Milford Sounds-bylem tam na dwudniowym rejsie (maj). Widziałem jeszcze reklamę Phi Phi w Tajlandii (koniec lipca), reklamę banku z Floating Markets (okolice Bangkoku, lipiec).  Naprawdę pocieszające. Pocieszające? Czesto myślałem sobie, że jak już skończę tę podróż, to będę miał poczucie, że widziałem kawał świata. Niestety w takich momentach zawsze pojawiał się ktoś kto mówił; "Filipiny? no ładnie, ładnie, ale to jednak nic w porównaniu do Wanatu" albo: " Naprawdę tak ci się tu podoba?! To chyba, powinienneś odwiedzić New Britain, tam to naprawdę jest ładnie"... Te plakaty pokazują, że nie wszystko stracone, ktoś jeszcze chce jeździć w te "nudne" miejsca które odwiedziłem...;) Pozostaje tylko cieszyć z mojej małej wyprawy i zbierać na kolejną, do Wanatu rzecz jasna.
    Kilka zdjęć z ostatniego odcinka podróży: Singapur-Londyn-Dublin
    Wyprawa. Zanim przjdziemy do rzeczy bardziej sentymentalnych (nie dzisiaj), można w końcu ostatecznie przedstawić jej trasę (w wielu miejscach zupełnie odbiega od wyznaczonego planu)
     Najpierw kraje:

    Meksyk- Kuba- Gwatemala- Panama- Peru- Boliwia- Brazylia- Argentyna- Chile-Nowa Zelandia- Japonia- Chiny- Hong Kong- Tajlandia- Filipiny- Kambodża- Wietnam- Laos- Singapur- Anglia- Irlandia. 

    W sumie 21 krajów w ktorych trochę pobyłem i coś zobaczyłem (czasem co prawda bardzo krótko, Anglia to tylko kilka godzin w Londynie, a Irlandia to weekend w Dublinie. W pozostałych trochę dłużej).
    Teraz dla bardziej zainteresowanych wersja dokładniejsza, tak, zeby można było prześledzić palcem na mapie. Muszę to zapisać chociażby dla siebie, bo sam zaczynam zapominać różne nazwy.

    Warszawa - Londyn - Miami - Cancun - Tulum - Isla Mujeres - Havana - Trynidad - Maria la Gorda - Vinales - Havana - Cancun - Tulum - Merida - Palenque - San Kristobal de las Casas - San Juan Chamula (czyt. Ciamula...) - Tulum - Flores - Tikal - Lanquin - Antigua - Livingston - San Pedro de Atitlan - Guatemala City - Panama City - San Blas - Lima - Paraquas - Kanion Colca - Puno - Jezioro Titicca - Cuzco - Lima - Huaraz - Lima - Puno - La Paz - Salar de Uyuni - Potosi - Sucre - Santa Cruz - Corumba - Sao Paulo - Rio de Janeiro - Sao Paulo - Foz de Iguazu - Buenos Aires - El Calafate - El Chalten - Ushuaia - Parque nacional Torres del Paine - Santiago de Chile - Auckland - Wellington - Nelson - Fox Glacier - Queenstown - Milford Sound - Dunedin - Moeraki - Christchurch - Picton - Wellington - Auckland - Tokio - Enochima - Kioto - Nara - Tokio - Szanghaj - Nanjing - Beijing - Wielki Mur - Szanghaj - Hong Kong -Bangkok - Kanchanaburi - Bangkok - Manila - Busuanga - Manila - Bangkok - Koh Phanghan - Koh Tao - Krabi - Koh Phi Phi - Bangkok - Siem Riep - Phnom Penh - Sihanoukville - Kampot - Bokhor Hill - Mekong Delta - Saigon - Nha Trang - Hoi An - Hue - Hanoi - Halong Bay -  Hanoi - Ban Xai - Kong Lo -Vientianne - Ban Na - Vang Vieng - Luang Prabang - Rzeka Mekong - Chiang Mai - Bangkok - Singapore - Londyn - Dublin - Londyn - Warszawa
    ufff....
    Przepraszam za blędy, zupełnie nie mogę sie przyzwyczaić do pisania z polskimi literami.

    czwartek, 25 września 2008

    BA 12

    Jestesmy w Singapurze. Nie spotkalismy niestety slynnego Roberta Kubicy, ktory bedzie sie tu scigal w niedziele. Singapur to ten straszny kraj, w ktorym za wyrzucenie gumy na ulicy placi sie 800 zl, a posiadanie narkotykow karane jest smiercia. Z mojego, bardzo krotkowzrocznegi i selektywnego punktu widzenia ta wyspa jest to nie tyle straszna, co nudna. Centra handlowe, bloki, parki i woda dookola. Slyszalem o tych strasznych karach za wszystko, co tylko mozna sobie wyobrazic, o potwornym, faszystowskim rzadzie. Moze tak jest, ale ja nie widzialem ani duzo policjantow, ani duzo strasznych ogloszen. Glowna roznica miedzy Singapurem i reszta krajow w regionie jest taka, ze jest czysto i wszystko dziala. Co oczywiscie nie wyklucza sie z 'nudno'. Mieszkamy u Jeniffer i Romaina, pary z Couchsurfingu. Sa tu juz od roku i nie moga doczekac sie wyjazdu. Nudno.
    My wyjezdzamy za kilka (5) godzin. Karolina przez Paryz do domu, a ja przez Londyn do Dublina.BA12. (myslalem wczesniej, ze zawsze sa 3 albo 4 cyfry). To jeszcze nie powrot do domu, ale powrot do brata i kraju dosc dobrze znanego. Taki powrot stopniowany, zeby nie bylo szoku rzeczywistosciowego.
    Sila rzeczy robi sie nostalgicznie, ale poki co tylko troche. Kazdy ma chyba takie swoje momenty w podrozy, w ktorych go "chwyta". Dla mnie to jest samotne czekanie na odlot w odpowiedniej bramce, okolice startu i czasem ladowania (pod warunkiem, ze nie jestem strasznie spiacy). O tym, ze lotniska sa miejscami magicznymi mowilo juz bardzo duzo osob. Ja w zwiazku z tym duzo wiecej nie bede, ale polecam scene na lotnisku w "Dogmie" K. Smitha. No moze troszke napisze.
    Taki lot (zwlaszcza samotny) sklania do przemyslen- zaczyna sie od prostego "skad i dokad lece", ale przy odrobinie nastroju i darmowych drinkow latwo przeradza sie w "skad przychodze i dokad podarzam". Co osiagnalem, jaka droge przebylem. Co zapamietam, czy to cos zmieni i takie bzdury. Oczywiscie jest wiele sposobow odwrocenia uwagi od tych strasznych mysli- naduzycie darmowych drinkow, filmy i gry w samolocie, iPody, Gejmboje, Plejstejszony i inne dziwadla. To chyba w ogole taka prawidlowosc- czlowiek potrafi zrobic bardzo duzo, zeby tylko uciec przed mysleniem. Zobaczymy jak mi pojdzie, od tego zalezy poziom nostalgicznosci nastepnego, europejskiego wpisu.

    wtorek, 16 września 2008

    Dlaczego w Pak Beng nie ma ksiazek?

    Zaczyna sie od kichniecia. Ot, niby nic, male a psik. Kto by sie spodziewal ile bardzo glebokich przemyslen (w okresach potencjalnego bezmyslenia) moze z tego wyniknac? Ja nie, ale wychodzi na to, ze chyba starczy na wpis. Nie taki sienkiewiczowski, ale tez nie fraszke.
    Po tym kichnieciu przyszlo nastepne, i kolejne... kilka wrecz. Ot nic, mysle sobie, bezduszna klimatyzacja i tyle. Nie tak latwo. Pozniej przyszly smarkniecia i lzawienie oczu. Pokoj bez klimatyzacji nie zaradzil calej sprawie. Swierze powietrze podczas splywu Mekongiem wrecz ja pogorszylo. Musialem spojrzec prawdzie w oczy... Alergia. (w tym miejscu wypada mi przeprosic wszystkich, ktorzy liczyli na jakis powazniejszy akszon typu Ebola, Denge czy malaria).
    Nie jest to jakas specjalnie uciazliwa alergia, niezbyt silna. Mam rozowe chusteczki z Klapouchym w kieszeni i niewiele ponadto sie w moim zyciu zmienilo. Chociaz z drugiej strony pojawily sie przemyslenia.
    Gdybym tej alergii teraz nie dostal, to bym nie zauwazyl, ze jej wczesniej nie mialem. Bo bylo tak. W lipcu i sierpniu, ktore potrafily wczesniej zaatakowac z zaskocznia i z pelna moca, siedzialem sobie na bezpylkowej lodzi w Zatoce Meksykanskiej. W kolejnych miesiacach niczego zlego sie nie spodziewalem, a cos zlego najwyrazniej nie spodziewalo sie tez mnie. Niebezpieczny kwiecien spedzilem w zimnej Patagonii. Zdradliwy Maj w jesiennej, juz przekwitlej acz pieknej, Nowej Zleandii. Trudny czerwiec okazal sie laskawy w Japonii i Chinach. I tak nic. Czlowiek zapomnialby, ze go cos zlego ominelo, ze ma kolejny powod do radosci. Szczescie oparte jest na kontrastach i bez tego, choc troszke zlego, trudno docenic to cale dobro. Wiem, ze Ameryki tym stwierdzeniem nie odkrylem. Nie odkrylem pewnie nawet Mragowa, ale zawsze chyba warto wspomniec. 
    Koniec podrozy (tak tak, zostalo juz tylko 13 dni) jest czasem nostalgicznych przemyslen i podsumowan. Co raz wiecej rzeczy zapisuje ostatnio w swoim Zeszycie Do Wszystkiego. ZDW to takie narzedzie, ktore w zasadzie kazdy podroznik posiada. Zapisuje sie tam adresy, maile, nazwiska, a takze wszelkie powazne informacje, ktore moga byc potrzebne w najblizszym czasie (numery ambasad, adresy hosteli, kody, rachunki, kosztorysy itp). Zapisujac dzis stwierdzilem, ze moj ZetDeWu jest w zasadzie pusty. Ot, z 10 malych stron zapisanych przez 11 miesiecy. Czesc tlumaczy istnienie Facebooka- tam zapisani sa znajomi, co wiecej maja przy swoich imionach i nazwiskach zdjecia, wiec wiadomo kto jest kto. Reszte wytlumaczylem sobie tak:
    W ZDW zpaisuje sie rzeczy (po)wazne, takie ktore musimy wiedziec, ktorych nie mozna zpaomniec. Brak zapisow, oznacza ze nic nie musimy wiedziec, ze nic sie zlego nie stanie, jak czasem cos zapomnimy. Brak obowiazkow i zmartwien czyli... kolejny powod do rodosci!
    Przez ostatnie dwa dni splywalismy Mekongiem z Luang Prabang, przez Pak Beng do Huay Xai. Tam przekroczylismy granice i dzis, radosnym Minibusem prosto do Chiang Mai, kulturowej stolicy Tajlandii (tak mowi Przewodnik, sam tego oczywiscie nie wymyslilem). W Pak Beng byl kiedys sklep z uzywanymi ksiazkami. Niestety (przynajmniej dla nas) wlasciciel Austriak zrobil swojej Laotance dziecko po czym zabral ja do Austii, zeby dziecko nauczylo sie wszystko robic rowno. Moj tata bylby zachwycony, ale w Pak Beng nie ma juz ksiazek...

    środa, 10 września 2008

    Rzeczy, ktore juz nie dziwia

    Nie dziwi mnie, ze wsiadajac do autokaru widze plastikowe stolki polozone miedzy siedzeniami-autokar nie ma juz 48+1 tylko 68+1 miejsc.
    Nie dziwi mnie, gdy w wystawionym przed wejsciem menu restauracji pojawia sie 'space pizza", czyli pizza z Marihuana lub Haszyszem.
    Nie dziwi mnie gdy na jednym skuterze jedzie piecio-osobowa rodzina.
    Nie dziwi mnie, ze 12 letnie dziecko pali papierosy razem z rodzicami.
    Nie dziwi mnie, ze przed wejsciem do spozywczego musze zdjac klapki.
    Nie dziwi mnie ze kierowca pojazdu naciska klakson mijajac kazdy pojazd/pieszego/krowe.
    Nie dziwi mnie, ze krowy pasa sie na boisku szkolnym, ze leza na drodze krajowej i ze kapia sie w rzece razem z cala wsia.
    Nie dziwi mnie, ze autobus nie zatrzymuje sie na przystanku dla autobusow tylko pod jakims hotelem.
    Nie dziwi mnie bialy mezczyzna okolo piedziesiatki z zolta dziewczyna okolo szesnastki.
    Nie dziwi mnie bialy mezczyzna okolo piedziesiatki z zolta dziewczyna, ktora na pewno urodzila sie mezczyzna.
    Nie dziwi mnie, ze kazdy posilek jem w bardze/restauracji/na straganie. Ostatnia kuchnie mialem do swojej dyzpozycji w czerwcu w Nowej Zelandii.
    Nie dziwi mnie, ze kawalek jezdni na drodze krajowej zsunal sie dwa metry w dol po wieczornym deszczu.
    Nie dziwi mnie, ze moj kierowca podczas 6 godzinnej podrozy na zmiane pluje i beka. Nie dziwi, ale nie koniecznie cieszy.
    Nie dziwi, ze do schabowego z ziemniakami dostaje w restauracji lyzke i paleczki.
    Nie dziwi mnie, ze jak wstane rano to spotkam na ulicy setki mnichow z malymi koszykami an ryz.

    Niech was wiec nie dziwi kilka ostatnich zdjec z folderu Laos i to, ze jutro bedziemy pewnie jedzili na sloniach!

    czwartek, 21 sierpnia 2008

    Klakson

    Zarys Teorii Klaksonu
    Polacy nie doceniaja potegi klaksonu. Klakson w Polsce jest tylko jednym z wielu elementow samochodu/motoru/traktoru. Elementem raczej niezbyt czesto uzywanym, drugorzednym. No nawet gdy myslimy o jakims kierowcy, ze "naduzywa" klaksonu, to znaczy, ze trabi w korku albo jak ktos za wolno rusza na swiatlach. Biedni my, nie wiemy jaki w klaksonie tkwi potencjal! Wiedza o tym natomiast Wietnamczycy. Ba! Wiedza w zasadzie wszyscy- Filipinczycy, Tajowie, Chinczycy, Boliwijczycy, Gwatealczycy. Klakson byl/jest w wiekszosci odwiedzanych przeze mnie krajow elementem ksztaltujacym rzeczywistosc komunikacyjna. Nie chodzi tu oczywiscie tylko o to, ze duzo sie trabi. Trabic kazdy moze, chodzi o tego trabienia funkcjonalnosc!
    Klakson ma funkcji wiele, oto wykaz niektorych z nich, czyt. sytuacji drogowych w ktorych nalezy uzywac klaksonu:
    -jade
    -uwaga, jade
    -jade i jestem duzym samochodem
    -jade i jestem malym skuterem
    -jade i mi sie spieszy
    -wyprzedzam
    -dojezdzam do skrzyzowania
    -ruszam ze skrzyzowania
    -przejezdzam przez skrzyzowanie
    -wlaczam sie do ruchu
    -szybko musze sie wlaczyc do ruchu
    -czesc Ping, kupe lat!
    -Witaj kierowco tej samej firmy przewozowej
    -Witaj kierowco konkurencyjnej firmy przewozowej
    -Dojezdzam do zakretu i nie wiem co jest z drugiej strony
    -Jest kaluza wiec wjezdzam w zakret jadac nie moim pasem ruchu
    -wyprzedzam, ale nie widze co jest przede mna
    -mam ladny/glosny/piskliwy klakson
    -nic sie specjalnego nie dzieje, draznie sie tylko z pasazerami mojego autobusu
    i wiele, wiele innych...
    Jak sie domyslamy klakson jest w uzyciu bardzo czesto, czasem niemalze permanentnie. Choc niektorym moze sie to wydawac dosc irytujace, to niech spojrzy, ilez taki klakson trabi ze soba ulatwien! Nie ma problemu drogi podporzadkowanej, rower/pieszy/skuter moze przemieszczac sie srodkiem drogi dopoki (u?) ktos nie trabnie, wiem za za zakretem nikogo nie ma (jakby byl, to by trabil). itp. Egzamin na prawo jazdy jest latwiejszy, trzeba tylko dobrze opanowac obsluge klaksonu. Biegi, smsy, kierownica, tusz do rzes- wszystko jedna reka, bo druga obsluguje klakson.

    Wszystko trabi
    Opisane zostaly zatem funkcje spoleczne klaksonu, czas pochylic sie na moment nad psychologia. Poniewaz nie mam odpowiedniego wyksztalcenia nie bede sie w tym temacie specjalnie madrzyl. Jak wsluchiwanie sie w klakson przez 12 godzin wplynie na psychike jednostki, jednostka moze odpowiedziec sobie sama. Zeby to jej (jednostce) umozliwic nalezy tylko doprecyzowac z jakim/jakimi klaksonami mamy doczynienia.
    Typologia Klaksonu
    Dosc dlugo zostanawialem sie jak opisac poszczegolne rodzaje klaksonow. Na poczatku przychodzi do glowy np.
    Klakson cichy-nie az tak cichy- dosc glosny- bardzo glosny - zdecydowanie za glosny.
    Szybko jednak zrozumiemy, ze zabraknie precyzyjnego okrezlenia natezenia swidrowania:
    Klakson nie swidrujacy w glowie- podswidrowujacy- swidrujacy-swidrujacy niemilosiernie- prosze zatrzymac autobus, wysiadam.
    Na pomoc wkracza matematyka.
    Klakson nalezy opisywac w przestrzeni, trzema funkcjami. Na tym etapie mama pewnie zlapie sie za glowe. Chodzi o to, ze juz nie tylko wysokosc i szerokosc, ale tez glebokosc.
    Zatem w przypadku klaksonu wysokosc, szerokosc i glebokosc to Glosnosc, Czestotliwosc (zwana tez swidrowaniem mozgu) i Uwewnetrznienie (dotyczy tylko pojazdow zamknietych, skutery opisujemy na plaszczyznie)
    Glosnosc i swidrowanie nie wymagaja chyba doprecyzowania, niektorych moze zastanawiac natomiast to uwewnetrznienie. Z tego, jak istotnym jest ono elementem zdalem sobie sprawe dopiero dzisiaj. Uwewnetrznienie to stopien w jakim klakson trabi do wnetrza pojazdu zamiast na jego zewnetrze.
    Empiria
    Do Wietnamu splynelismy Mekongiem. Slonce, male lodki, a w delcie zalane pola ryzowe, pranie, krowy, kury kaczki... Nie bylo klaksonu-bylo cudownie.

    Dalej byl autobus do Saigonu czyli Ho Chi Minh City ( intensywnosc klaksonowa, ale niezle uzewnetrzniona). W Saigonie Muzeum Wojny w Wietnamie. Duzo bardzo smutnych zdjec, obarazow, filmow. Klakson staje sie drugorzedny. Z Sajgonu do Nha Trang, a tam nurkowanie (zadnych klaksonow, tylko bombelki-cudownie), plywanie, opalanie, tancowanie, muzykowanie. Z Nha Trang do Hoi An (autobus nocny-sypialny. Klakson raczej nieirytujacy az do godzin porannych, kiedy to z koleji uwewnetrzniony i swidrujacy nieprzyzwoicie). W Hoi An szok. Cisza, spokoj, pieknie, z glosnikow na starym miescie leci stara francuska muzyka. Czemu tu jest tak fajnie?
    1) zabudowa miasta miala bardzo duzo szczescia podczas wojny- nie zostla doszczetnie zniszczona jak wiekszosc innych.
    2) W wyznaczoncyh godzinach zakaz ruchu motorow i samochodow, a co za tym idzie brak klaksonu.
    Hoi An jest zatem przykladem na to, jakby tu moglo byc cudownie gdyby nie bylo wojny i klaksonu. Jezeli ktos wybiera sie do wietnamu to musi Hoi An koniecznie odwiedzic (pisze, bo to nie jest takie oczywiste miejsce dla wieksozsci turystow, sa tu w zasadzie tylko zaklady krawieckie (tysiac) i kilka starych ulic).

    Kolezanki Hoi-Anki
    Z Hoi An do Hue, gdzie jestem teraz. To wlasnie podczas tej, 5cio godzinnej podrozy przekonalem sie jak bolesne moze byc uwewnetrznienie klaksonu. Kierowca nawet nie wie, jak niewiele brakowalo, by zostal uduszony golymi rekami przez jednego mlodego pasazera. Przygoda trwa, mam nadzieje na lepszy klakson jutro.

    niedziela, 13 lipca 2008

    Motyw prostytutek w podrozy dookola swiata

    (On my encounters with prostitutes in Cuba)
    [...] The difference is that there is actually little difference between them and my female friends from university or from high school. They all have 'normal' jobs - college teacher, fitness coach, model etc.. Some have degrees, steady boyfriends, love affairs, broken hearts. Age? Same as mine, give or take a few years. A couple days in Viniales is for them an opportunity to make real money. The local Cuban currency is worth close to nothing and the aging parents, younger siblings and others need the real money. [...]

    Isabel poznalem w klubie w Hong Kongu. Poszlismy razem na butelke wody i ciastko do pobliskiego nocnego. Pol godziny rozmowy i tyle, niedlugo pozniej wyszla z dyskoteki z klientem. 3 tygodnie pozniej dzwoni telefon. -Czesc Frank, i jak, udalo ci sie dotrzec do Manili? Hej! tak, ale juz jutro wylatuje do Busuangi. Kilkanascie sekund rozmowy i decyzja. Ok, przyjade do ciebie, ale musisz byc cierpliwy-mieszkamy 4 godziny drogi stad (w chwili rozmowy jest juz 18). Spedzilismy razem noc w klubach i kawiarniach manilijskich, rano odprowadzila mnie na lotnisko, a w miedzy czasie milion niesamowitych historii. O zakochanym kliencie, ktory chcial z nia zamieszkac w Anglii, o innym, zonatym mezczyznie ktory kupil jej mieszkanie w Hong Kongu i zatrudnil jako swoja asystentke. Rodzice sie ucieszyli, dotychczas mysleli ze pracowala jako barmanka. "Przynajmniej bedziesz spac jak czlowiek" powiedziala zadowolona mama.

    8 miesiecy temu byloby to dla mnie raczej niewyobrazalne. Wydaje mi sie, ze w kwestii prostytutek jestem/bylem raczej przecietnym polskim dwudziestolatkiem. Nigdy z zadna nie rozmawialem, widzialem czasem z za szyby samochodu i czytalem w roznych smutnych artykulach i ksiazkach. Ostatnie kilka miesiecy przynioslo dosc drastyczne zmiany. Historia zaczyna sie na Kubie, w slynnym Viniales. W Hawanie, a wczesniej w Meksyku bylem oczywiscie nagabywany, ale to sie od Europy tak bardzo nie rozni. Co innego Casa de la Musica w mojej ukochanej kubanskiej wiosce. Spedzilem tam kilka dni, malo ktory turysta przyjezdza na dluzej niz jeden. Obraz: Orkiestra gra wspaniala Salse, kubanscy chlopcy prosza biale panie do tanca, biali panowie prosza urocze kubanskie dziewczyny. Wszyscy sie usmiechaja, rum jest tani, a zycie piekne. I tak kazdego dnia. Moj problem polegal na tym, ze nie mowilem wtedy zbyt wiele po hiszpansku. Turysci zmieniaja sie codziennie, a elementu stalosci szybko zaczyna brakowac. Rozwiazanie? Butelka rumu. Kupic, postawic na stole, a przyjaciele znajda sie od razu. Drugiego dnia zakolegowalem sie z lokalnymi chlopakami (tymi co prosza biale panie). Podobnie jak tanczace dziewczyny mowia po angielsku, to drastycznie ulatwia rozmowe. Ten 'spontaniczny' taniec to ich praca, nie wolno im tanczyc z kubankami. Myslalem, ze z dziewczynami jest podobnie. Mlody naiwny czlowiek, szybko wyprowadzony z bledu. Dziewczyny mowily, ze czuja sie bardzo samotne i jak chce, to moge je miec. -Nie, dziekuje, mam dziewczyne. Francisco, seguro? -Si, Seguro (napewno? napewno.). I tak przez kilka kolejnych dni. Butelka rumu rekompensowala odrzucone propozycje.
    Roznica polega na tym, ze to sa zupelnie takie same dziewczyny jak moje kolezanki ze studiow czy liceum. Maja 'normalne' prace- nauczycielka w liceum, instruktorka aerobiku, modelka itp. Niektore skonczyly studia, maja swoich chlopakow, milosne historie, zlamane serca. Wiek? Moje rowiesniczki, czasem nieznacznie mlodsze lub starsze. Kilka dni w Viniales to dla nich szansa dorobienia prawdziwych pieniedzy. Za kubanska lokalna walute nie mozna kupic prawie nic, a starzy rodzice, mlodsze rodzenstwo i inni potrzebuja prawdziwych pieniedzy. Pod koniec tygodnia bylismy juz calkiem dobrymi znajomymi, z jedna z nich wracalem autobusem do Hawany. Tam znowu atakuje nachalnosc i przedmiotowosc, powrot do prostytucji jaka znalem wczesniej, z ta tylko roznica, ze Kubanki sa nadprzecietnie urodziwe.
    W Hawanie poznalem 50cio letniego, bogatego Polaka i jego przepiekna, 19 letnia 'dziewczyne'. Piesc sama sie zaciska, takie osoby wyzwalaja gleboko skrywane poklady agresji. Kilka minut rozmowy z nia (na wiecej nam nie pozwolil, nie podobalo mu sie to, ze moge rozmawiac troche po hiszpansku). Byla z nim juz 6 miesiecy w Polsce, wrocili tylko na 2 tygodnie, ona odwiedzic swoja rodzine, on w poszukiwaniu drugiej 'dziewczyny'. Trzyma ja w swojej willi niemalze jak zamknieta w zamku. Ona nie mowi za bardzo po angielsku, on ani slowa po hiszpansku. Mimo to, ona chce z nim wrocic, woli to, niz biede w rodzinnej wiosce. Ten mezczyzna i ta willa to dla niej raj, nawet jesli dla kogo innego byloby to pieklo. '-Francisco, ja wiem, ze to trudno zrozumiec, ale ona tego chce i ty musisz to zaakceptowac, nawet jesli nie potrafisz zrozumiec tlumaczyla zona Ricardo, mojego gospodarza.
    Kolejne miesiace byly raczej ciezkie w tym temacie. W Rio de Janeiro zaczelo mnie to doprowadzac do szalu. Kazda lokalna dziewczyna, z ktora zaczyna sie rozmowe, po kilku minutach zaczyna oferowac swoje uslugi. Na jakikolwiek szczerszy kontakt, taniec czy rozmowe turysta nie ma specjalnych szans. Prostytucja jest wszedzie, a samotnie podrozujacy mlody chlopak nie ma szans na ucieczke przed ciaglymi ofertami, bardziej lub (czesciej) mniej subtelnymi. Wtedy przeszedl mi do glowy pewien pomysl, ale odpowiedni poziom couragu osiagnalem dopiero w Hong Kongu.
    W Nowej Zelandii z prostytucja nie mialem zadnego kontaktu (co nie znaczy ze jej nie ma), Japonia to natomiast cos calkowicie odwrotnego. To jakze ulozone, tradycyjne spoleczenstwo nocami odkrywa najprzedziwniejsze seksualne obyczaje. Wszelkiego rodzaju seksualne uslugi tam dostepne to temat wielu opaslych tomow. Wszystko to jest jednak zamkniete, photo menu i odglosy zapraszaja spacerowicza do srodka domow uciechy, na ulicy nie widac nic ponadto. W Chinach wrocilismy do bardziej klasycznej wersji, ale dopiero Hong Kong przyniosl ciekawe wydarzenia.
    Jak wczesniej pisalem, do dyspozycji byly albo kosztowne lokale dla ludzi z zagranicy, albo bardziej lokalne dyskoteki w nie-az-tak-dobrej dzielnicy. Tam poznalem Isabel i jej kolezanki. Zaczelo sie tak samo jak w innych miejscach. Starzy, brzuchaci panowie i piekne mlode dziewczyny z calego swiata (Azja, Ameryka Poludniowa, Afryka). I znowu przerozne oferty. Z drugiej strony bylem tam jedynym mezczyzna ponizej 40 roku zycia. '-Hej, jak masz na imie, czym sie zajmujesz?', -Frank, I'm a gigolo in Poland. - a co to jest gigolo? -Hmm, taki tancerz, tancze dla kobiet. -Ale jak to, przeciez to dziewczyny tancza dla mezczyzn! -Widzisz, w Europie zdarza sie odwrotnie. -A co tu robisz? -Tylko wakacje, pracuje w Europie. Godzine pozniej siedze z Isabela pod sklepem i slucham, jak ciezko bylo zaczac, jak okropnie jest oszukiwac rodzicow i o ile latwiejsze jest jej zycie z tym zarobkiem. Slucham o jej marzeniach, planach i o smutnej rzeczywistosci. Czuje sie jak reporter, ktory dostal przepustke do tajnej jaskini Al Kaidy, do miejsca gdzie nikt nie ma wstepu.
    Wieczor spedzilem na bardzo sympatycznych rozmowach, dziewczyny kupowaly mi drinki, a ja sluchalem ich opowiesci. Tam tez poznalem Nane. Nana jest fryzjerka w Pukhet w Tajlandii. Do Hong Kongu przyjezdza raz na jakis czas, zarobic powazniejsze pieniadze. Nana to zupelnie inna liga niz Isabel, Exclusive. Tu i owdzie poprawiona przez chirurga plastycznego, odrzuca wiekszosc propozycji. Ceni sie wysoko i z byle kim z klubu nie wyjdzie. Zreszta tak czy owak nie zbankrutuje. Dziewczyny dostaja prowizje od kazdego drinka kupionego dla nich. Kto by nie chcial postawic drinka Nanie? Po krotkiej rozmowie stwierdza, ze dzis chce miec wolne. Zmieniamy lokal, dziewczyny kupuja mi nieprzyzwoicie duza ilosc drinkow. Nad ranem Exclusive odprowadza mnie do taksowki, za ktora zreszta placi. '-Nana, prosze cie, nie wyglupiaj sie. -Frank, you are on Holidays, I'm working, no worries (ty jestes na wakacjach, ja pracuje, nic sie nie martw).
    Nastepnego dnia umowilismy sie na kawe przed jej praca. Opowiada mi o swoim chlopaku. Zonaty mezczyzna przyjechal do Hong Kongu i sie w Nanie zakochal, co ciekawsze z wzajemnoscia. Po pewnym czasie przeprowadzili sie do Anglii, on rozstal sie z zona (z ktora ma dziecko). Nana wytrzymala w Anglii pol roku i wrocila do Tajlandii. Chce z nim byc, ale u siebie, nie w zimnej, deszczowej i obcej Europie. Nastapily krytyczne miesiace, on zastanawia sie czy wrocic do zony czy wyjechac do Nany. Smsuja kilka razy dziennie. Nana prosila, zebym wytlumaczyl sens kilku wiadomosci. Rozstalismy sie w bardzo dobrych stosunkach, wymiana numerow i byc moze do zobaczenia w Phuket (swoja droga, ciekawi mnie ewentualne zapoznanie jej z Karolina).
    Taktyka 'Gigolo' przyjela sie rowniez w Tajlandii, pozwala wejsc za zamkniete drzwi, do swiata, o ktorym wczesniej moglem tylko czytac. Fascynuje mnie to niesamowicie, jako socjologa, a moze po prostu jako czlowieka. I-n-n-y S-w-i-a-t.
    Klka dni temu zadzwonila Nana. Chlopak przyjezdza z Londynu. Nie wie czy zdecydowal sie zamieszkac, ale jest bardzo szczesliwa, ze go zobaczy.