Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Argentyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Argentyna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2011

Villazon - Uyuni - La Paz czyli kontrasty

Villazon, czyli granica Argentynsko-Boliwijska to inna planeta. Juz strona argentynska przypomina bardziej Boliwie. Indianie, a nie biali imigranci, balagan, stare autobusy, tradycyjne stroje, handlowanie wszystkim. Przejscie mostem przez graniczna rzeke szybko jednak rozwiewa watpliwosci. W Boliwii jeszcze starsze samochody, jeszcze wiecej wszelkiej masci handlu (na topie jest papier toaletowy z Argentyny), balganu, dziurawych drog. Widzialem tez kobiete bez zbednych zahamowan zalatwiajaca sie na ulicy. Troche mimo wszystko tesknilem za ta Boliwia, nie wyglada zeby zbyt duzo sie tutaj zmienilo od mojej ostatniej wizyty.

niedziela, 3 lipca 2011

Cordoba-Villazon na szybkosci

Jestem w Boliwijskim La Paz. 3650 metrow nad poziomem morza. Deszcz ze sniegiem i ogolnie malo wakacyjnie. Teraz jest poniekad pora sucha, ale chyba komus sie cos pomylilo. Podobno przyszedl Nino i dlatego. Moj pomysl wspiecia sie na szesciotysiecznik Huayna Potosi sie oddala, ale jeszcze zobaczymy. Na razie lapie oddech po bardzo intensywnym tygodniu.

sobota, 25 czerwca 2011

Nicnierobienie w Cordobie

Będzie dość długi wpis na niedziele, zdjęcia dodam tu za kilka dni, nie mam ich zbyt wiele zresztą. Justyna powiedziała, mi przed wyjazdem, że lubi długie wpisy i ze czasem powinny być. Wiec jest, przepraszam tych którzy lubią krotko i szybko. 

Dziura w głowie się zmniejsza, dziury w zębach zalatane (l z kreseczka, choć bez tez ma swój urok). Nie boli, można jechać do Boliwii. 

Doktor Jarovsky miał, jak to bywa, dwóch dziadków. Jeden byl z Rosji, drugi w Pszczyny.

wtorek, 21 czerwca 2011

Szukanie dziury w calym

Jestem w Cordobie od niedzieli. Nie widziałem ani jednego miejsca, które powinno interesować turyste. Widziałem za to dom pani Nidii Aguero (tylko od zewnątrz), dwa duże centra handlowe, a w nich kilka sklepów komputerowych, klub reagge, szpital, dwie apteki, dentystę i tym podobne. 
Zaczyna sie w hostelu Tango. Prowadzi go dwóch braci, Kolumbijczyków. Ich mama, kiedy byli nastolatkami, zakochała sie w Argentyńczyku i przeprowadziła tutaj wraz z trzema synami. Jeden jest mały, dwóch prowadzi hostel. Z tych dwóch, jeden jest teraz w Szwajcari ze swoja dziewczyna z Portugali. Duzo zawilosci. 
Na straży hostelu zostal Javier, który oprocz robienia wszystkiego, uczy sie do egzaminu z historii prawa argentyńskiego. Chwila prawdy dzisiaj o 18.30. Cały hostel trzyma kciuki i sprząta po sobie, żeby Kolumbijczyk mógł się uczyć...
Dziewczyny, Javier mówi ze Polki są najładniejsze na świecie.

niedziela, 19 czerwca 2011

Sześć dni bliżej nieba

Fernando okazał się być kobietą. Chwilę później okazał się wręcz być swoją żoną. Żona jest dentystką i bardzo nie lubi zimna, gór i tym podobnych. Z jednej strony mówiła nam że tam (w Vallecitos) jest cudownie, z drugiej, że sama by tam długo nie wytrzymała. Fernando zapewne zachęcałby nas skuteczniej (jest przewodnikiem górskim), ale jego samochód się popsuł i w rezultacie nigdy go nie poznałem.  
Przyjeżdżamy. Jest Guillermo, Vanessa (gospodarze, dentystka mówiła, że są cudowni), półtoraroczna córka Violetta, psy Brisa (umie otwierać drzwi w obie strony) i Lobo (otwiera tylko od zewnątrz) oraz kotka Nievla (mgła, oba psy się jej boją). Jakaś grupa akurat schodzi z gór. Popijają herbatę, przebierają się i wyjeżdżają. Do czwartku w schronisku będziemy tylko my.


niedziela, 12 czerwca 2011

Dlaczego nie jestem w Vallecitos?

Mendoza, jedna ze swiatowych stolic wina, lezy na pustyni. Nie w zadnej oazie, tylko na srodku pustyni, u podnoza Andow (And?). Cala woda jest poprowadzona kanalami. I tak od kilku stuleci. Patrzac na zielone miasto, ogrody i plantacje wina trudno w to uwierzyc. Imponujace.
Pustynia, pustynia (ostatnie 'a' z ogonkiem), ale dlaczego nie ma polskich znakow? Kilka dni temu moj przenosny komputer zamienil sie w wielka ladowarke do telefonu. Troche nie dziala. W Sao Paulo, Porto Allegro, Montevideo czy Buenos (czyli miejscach, w ktorych spedzilem ostatni miesiac) moglbym go naprawic. Teraz najblizsze takie miejsce na mojej trasie to Lima w Peru, do ktorej dotre za kolejny miesiac. Jest to lekki problem nie ukrywam. Na szczescie komputer troche jednak dziala i nie stracilem zdjec ani roznych innych ciekawostek. Z nadzieja patrze w przyszlosc.
Ze szczegolna nadzieja patrzylem zwlaszcza na kolejne 5 dni. Mialem jechac do Vallecitos.
Zaczelo sie tak. Jestem sobie w Mendozie, u podnoza wielkich gor, w pieknym pustynnym miescie. Ale jednak miescie, a gory czekaja. Mysle - gdzies pojade. Pytam tu, pytam tam, sprawa nie jest prosta. Jest zima, park narodowy Aconcagua jest zamkniety dla amatorow szwedania sie po okolicy. Informacja turystyczna nie wie, informacja gorska zamknieta na zime (bo i tak nic sie w zime nie robi), w sklepach gorskich sprzedawcy, a nie wspinacze. Az do momentu, kiedy wszedlem do Chamonix. Tak sie nazywa jeden z gorskich skepow, kawalek od centrum (czyli od miejsca, w ktorym jest wszystko inne). W sklepie Rodrigo, wspinacz, pasjonat i przy okazji wlasciciel. I sie zaczyna. Krotka rozmowa, zamienila sie w godzinny pobyt, popijanie mate, dyskusje o gorach w Europie i Ameryce. Polacy ciesza sie tu dobra opinia, poniewaz udalo im sie zrobic pare ciekawych rzeczy w okolicy. Na przyklad wejsc na Aconcague zima jako pierwsi. Mile chwile, jak ktos cie lubi, za to, ze jestes Polakiem. Tenze Rodrigo mowi, ze doskonale mnie rozumie, ze nie po to sie przyjezdza do Mendozy zeby chodzic po barach (wiekszosc ludzi z mojego hostelu by sie z nim nie zgodzila), ze trzeba jechac w gory. A jak gory to tylko do Vallecitos. Jest tam dosc wysoko polozone schronisko (2900m n.p.m.), z ktorego mozna chodzic na przemile przechadzki o charakterze jednodniowym. Wazne, bo biwak zimowy w gorach jest dla mnie trudny do przeprowadzenia. Nie mam namiotu, ani rzeczy do gotowania. Ma za to cieply spiwor, Rodrigo byl mimo wszystko sprzedawca.
W schronisku Mausy w Vallecitos jest prad, prysznic, dwa osiemnastoosobowe pokoje oraz przemili wlasciciele. Podobno. Wczoraj kupilem bilet na busa ktory podjezdza najblizej (tj. okolo pol godziny spaceru od schroniska). W Carrefurze udalo sie zdobyc jedzenie na 5 dni (zajelo dwie trzecie plecaka), na gorze nie ma sklepu. Nastawilem budzik, zasnalem sluchajac muzyki, telefon sie rozladowal, budzik nie zadzwonil... wstalem i tak!  Spakowalem sie, pozegnalem i czekam na busa. I tak od godziny, bus nie przyjechal. Nie bedzie dzis Vallecitos. Zdjec tez nie bedzie, bo nie mam cierpliwosci do tego komputera, ale za jakis czas sie jednak pojawia. Bedzie strona miejsca w ktorym chcialem dzis bardzo byc. Jest po hiszpansku, ale slowo 'Fotos' da sie zrozumiec. http://www.refugiomausy.com.ar/mausy.html
Ide dowiedziec sie dlaczego bus nie przyjechał. W tym momencie bardzo nie lubie firmy Cordon del Plata.

UPDATE

Firma zamknięta w niedzielę, nic się od Mar del Plata nie dowiedziałem. Dzwonie do schroniska, mówią że maja niejakiego Fernando, który może mnie podwieźć. Gdy pytam o autobus, mówią, że pewnie byłem jedynym klientem i po prostu nie wyruszył. Dzwonię do Fernando, mówi że możemy, ale jak ja sam to bardzo drogo. W hostelu widzę parę Nowozelandczyków.
- Chcecie jechać dzisiaj w ładne góry?
- Chcemy.
- To jedziemy.

Poszli kupić sobie jedzenie i o 14 ma być Fernando. Na Nowej Zelandii jak na Zawiszy, zobaczymy czy na Fernando też. Nie mogę się doczekać.
Na pocieszenie kilka zdjęć, może mój komputer nie umrze. Zdjęcie poniżej jest z przedwczoraj, byliśmy w Parque Nacional Aconcagua, daleko od Góry, ale przynajmniej dało się Ją zobaczyć. Na tym zdjęciu niezupełnie, jest z tyłu, lekko z lewej, zlewa się z górą bardziej z przodu. Dziewczyna która idzie to Savannah, studiowała Zdrowie Seksualne w Anglii. Nie wiem czy w Polsce można studiować Zdrowie Seksualne.



czwartek, 9 czerwca 2011

Buenos Aires - sequel

W niedzielę byliśmy w kinie na „Que paso ayer?” parte dos (a.k.a. Kacvegas 2). Moim zdaniem dużo dobrego śmiechu. To film, którego pierwsza część reklamowała się hasłem „the ultimate party movie”. Jeżeli ktoś twierdzi, że zrobił ostateczny film imprezowy, to trudno spodziewać się czegoś dobrego. A jednak, było dobre. Film lekki i przyjemny a zarazem z finezją i polotem. 
Część druga nie miała w tej sytuacji lekko, oczekiwania były znaczne. Moim zdaniem chłopcy dali radę. Film był przewidywalny, z bardzo podobną, zgrabną konstrukcją. Efekt - półtorej godziny śmiechu, zero zmartwień.  
Dlaczego o tym piszę? Nie, nie zamieniłem tego bloga w kółko filmowe. Gdybym nawet chciał, to musiałbym pisać o nieco ambitniejszych filmach niż Kacvegas – moja Pani promotor tu zagląda. Piszę dlatego, że pomyślałem o sequelu, jako o niezłej analogii względem drugiej wizyty w jakimś miejscu. Na pewno są lepsze, ale ich w tym momencie nie wymyśliłem.
Bo jak tu myśleć?
Więc tak. Pierwsza wizyta w jakimś miejscu jest jak pierwsza część filmu (jakiegoś, nie koniecznie Kacvegas, chociaż zdarza się - do Bangkoku wracałem 3 razy swego czasu). Możemy trochę o danym miejscu wiedzieć. Książki czy filmy dokumentalne są jak trailery (po polsku zajawki) czy nazwisko reżysera. Możemy też nic nie wiedzieć. Wtedy pełni zdziwienia odkrywamy że jest takie miejsce jak Punta del Este i, jakby tego było mało, jest super. Zazwyczaj jednak coś wiemy, mamy wyobrażenie, które zderza się z rzeczywistością. Efekty bywają różne. 
Druga wizyta to jednak zupełnie coś innego. Nie mamy wyobrażenia – my wiemy jak Tam jest, są precyzyjne oczekiwania do spełnienia. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Pamięć, podobnie zresztą jak sama percepcja, są mocno wybiórcze. Co więcej, zapamiętujemy (przynajmniej ja) rzeczy przyjemne oraz takie, które pasują do obrazu danego miejsca (który sobie ułożyliśmy w głowie). Dysonans poznawczy ciśnie się na klawiaturę, ale są wakacje. A zatem, Buenos Aires część pierwsza (2008) to był hit. Niezbyt duże oczekiwania, bardzo duże wrażenie. Jakie jest Buenos Aires parte dos (2011)?

nie śpi, to na pewno
Po długim wstępie, bardzo krótkie rozwinięcie. BA 2011 jest zdecydowanie bardziej prawdziwe, przyziemne. Za pierwszym razem mieszkałem w San Telmo, takiej mocno turystycznej dzielnicy. Było późne lato. Teraz jest zima, mieszkałem w Tigre, przepięknym przedmieściu, ale jednak przedmieściu. Codziennie dojeżdżałem kolejką do centrum razem z ludźmi, którzy jechali do pracy. Zmęczone twarze zajęte codziennoscią. W Buenos Aires dwa było wino, imprezy, spacer po La Boce, San Telmo i centrum, ale było też kupowanie biletów do zatłoczonego metra i pociągu, widok na gorsze dzielnice i tutejsze favele (villas), brudni bezdomni, zmęczeni życiem ludzie, bardzo zajęci biznesmani. Była Kasia która opowiadała o nie aż tak łatwych realiach osiedlania się Polki w BA. W moich oczach Buenos z miasta marzeń zamieniło się w tętniące życiem, normalne miejsce pracy milionów osób. No, może normalne to lekka przesada, niewiele znam miast ładniejszych, żeby nie powiedzieć żadnego. Trochę zimny prysznic, ale czar w żadnym wypadku nie zginął. Za kilka miesięcy pewnie i tak będę wspominał Buenos jako miasto idealne. 
Buenos Aires parte dos - gorąco polecam, Franek Przeradzki
Zdjęcia
Jedną z takich małych atrakcji (jak mówi Marta I. - smaczków) dojeżdżania byli sprzedawcy kolejkowi. Mają trasę podzieloną na sektory, gdy jeden wsiada, drugi wysiada, nie ma że dwóch na raz. Jeden sprzedawca na dany wagon w określonym sektorze. Wchodzą i sprzedają. Nauszniki, batoniki, płyty z muzyką, breloczki zrobione przez niewidome psy itp. Czasem też przygrywają jakąś nutę. Mówią bardzo głośno, wyraźnie i konkretnie. „Szanowni pasażerowie, w tym dniu chciałbym państwu zaoferować unikalny batonik. Jest to batonik produkcji duńskiej, niezwykle smaczny i pożywny, dobry zarówno dla osób dorosłych jak i dzieci oraz młodzieży...” itd. Itp.
Na pierwszej stacji, chłopiec zastanawia się, jakie oferty zostaną mu dziś przedstawione

Teraz jestem w Mendozie. Dojechałem tu po całej nocy w autokarze (był Harry Potter i autokarowe bingo - prawie wygrałem, zabrakło liczby 32). Pokój sześciosobowy bez sublokatorów, basen w ogródku (jest około 5 stopni) i wycieczka do winnic dwie godziny po przyjeździe...
Zdjęcia z winnic























środa, 1 czerwca 2011

Krowy, mate i piłka nożna

Autobus rusza punktualnie o 10.30. Po trzech godzinach i czterdziestu pięciu minutach jesteśmy w porcie Carmelo na rzece Parana. To druga co do wielkości rzeka w Ameryce Południowej. Konkurencja jest poważna – pierwsze miejsce zajmuje niejaka Amazonka. O 14.30, zgodnie z planem prom Cacciola wypływa w stronę argentyńskiego miasteczka Tigre, nieopodal Buenos Aires. Z portu w Tigre wychodzę punktualnie o 16.30. Kolejny dowód na to, że to nie jest prawdziwa Ameryka Południowa.
Jadąc prze Urugwaj z widokiem na bezkresne pastwiska myślałem o tym, czego nie napisałem, a chyba napisać powinienem. Do głowy przyszły mi następujące rzeczy:
1. krowy
2. herbata 
3. piłka nożna.
Ad 1. 
Krowy w wydaniu argentyńskim słynne są na całym świecie. Tymczasem krowa urugwajska tej argentyńskiej wcale nie ustępuje. Ma w okół siebie dużo zieloności, którą beztroska pochłania, życzliwe, lecz nienachalne towarzystwo kolegów i koleżanek oraz bardzo przyzwoitą ilość słońca. W takich warunkach każdy byłby smaczny.
Ad 2.
Herbata, a dokładniej mate. Mate, podobnie zresztą jak pyszna wołowina, kojarzy się głównie z Argentyną. Tymczasem, na podstawie obserwacji uczestniczącej stwierdzam, że mate jest jeszcze bardziej popularne w Urugwaju. Mniej więcej co piąta osoba, którą mijałem na ulicy miała ze sobą termos z gorącą wodą, matero wypełnione mate i bombillę (czyli tykwę i srebrną słomkę, urządzenia do picia mate). Na początku zrobiło to na mnie duże wrażenie, ale bardzo szybko stało się codziennością. Kolejny dowód na to, że rzeczy interesujące trzeba fotografować od razu, bo z czasem przestają zwracać na siebie uwagę.
Ad 3. 
Piłka nożna jest w Urugwaju bardzo ważna. Na tyle ważna, że kiedy wspominani w poprzednim wpisie Anglicy wyszli oglądać finał Ligi Mistrzów (czyli, jak niektórzy sądzą pojedynek dwóch najlepszych drużyn świata), to nie mogli znaleźć żadnego lokalu, który by to starcie pokazywał. Tego dnia o tej samej porze grały ze sobą jakieś dwie lokalne drużyny i mecz narodowy był dużo ważniejszy od tego zagranicznego. Anglikom udało się obejrzeć pojedynek MU z Barcą dopiero w niezbyt obleganym, irlandzkim pubie w Montevideo.

Poza tymi kluczowymi wiadomościami, o Urugwaju warto też wiedzieć, że jako pierwszy kraj na kontynencie zalegalizował związki homoseksualne, i dopuścił adopcję dzieci przez takowe. W 2009 roku dał wszystkim uczniom w kraju laptopa i dostęp do bezprzewodowego internetu. Legalne jest tutaj też posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Te informacje zawdzięczamy Bartkowi, któremu bardzo dziekuję i kończę temat Urugwaju. 

Mieszkam w Tigre, u koleżanki poznanej w Buenos trzy lata temu. Koleżanka trenuje gimnastykę na trapezie, więc w godzinę od przyjazdu do Argentyny oglądałem trening cyrkowych akrobatów (Zdjęcia). Pierwszego dnia kupiłem też lokalną kartę SIM. Po pierwsze, żeby skontaktować się z koleżanką, po drugie, jest promocja, w której za każdy dzień używania internetu płacę równowartość 70 groszy. Następnego dnia kolejką podmiejską pojechałem do Buenos Aires. Coś typu WKD Milanówek – Warszawa. Poszedłem do biura obsługi klienta sieci Personal, ponieważ wspomniany internet za 70 groszy nie chciał działać za żadne skarby. Poza biurem obsługi klienta (polecam) odwiedziłem wieżę Babel z książek (instalacja artystyczna), muzeum broni (wyobraźnia człowieka w tym temacie nie zna granic), deptak Florida oraz Plaza de Mayo. Na placu podobnie jak trzy lata temu - dzieci się bawią, gołębie gruchają, a protestujący protestują (głównie w temacie wojny o Malviny czyli Falklandy). O ile dzieci i gołębie ciągle ktoś dokarmia, o tyle protestujących nie za bardzo.
Zdjęcia z BA później, dziś robię zupę.



wtorek, 15 kwietnia 2008

Adrian i inni

Adrian Stabile to jeden z najbardziej poludniowych dentystow swiata. Mimo to utrzymuje w swoim gabinecie wysokie standardy. Ma duzy komputer w gabinecie i zawsze pokazuje pacjentowi w lusterku gdzie jest dziura, gdzie wyczyscil, itp. Podkreslal, ze ceny dla turystow sa rowne tym lokalnym. Podkreslal tak dlugo, ze w koncu przestalem mu wierzyc. Wizyta u Adriana zaowocowala jedna z najbardziej wysunietych na poludnie plomb. Gorna, prawa szostka.

Adrian przy pracy w swoim gabinecie

Nastepnie przyszla wizyta w Parku narodowym. Deszcz, snieg i wiatr, ale bylo ladnie. Parque Nacional Tierra del Fuego to planeta zajecy (jeden zajac, duzo wiecej zajecy?). Widzielismy lekko ponad piecdziesiat w ciagu czterech godzin spaceru. Wieczorem pozegnalana kolacja i Revital wyjezdza do El Calafate. Stamtad ma samolot do Buenos i dalej do Izraela. Powrot do domu po pol roku. Szukanie pracy, mieszkania, kandydata na meza. Powrot do rzeczywistosci, nie byla zachwycona.
Tego samego wieczoru idziemy z grupa z hostelu do baru Karaoke. Sobota wieczor-bar pelny, jest tu potencjalnie cala smietanka towarzyska Ushuaji. Pierwsza piosenka jest moja i Martina. Dla przypomnienia, wysoki blond Holender. Spiewamy „Strangers in the Night” Franka Sinatry. Spiewamy z uczuciemy. W koncu ktos z konca sali nie wytrzymuje liberalnej atmosfery i zaczyna krzyczec, ze jestesmy pedaly i sie ladujemy w d… Nieco pozniej ten sam pan, w stanie wskazujacym na nadmierne spozycie, spiewa jakas píosenke. Spiewa gorzej ode mnie (a to, prosze mi wierzyc, nie jest wcale takie proste). Zaraz po wykonaniu utworu pan opuszcza lokal w asyscie ochroniarzy. Ten epizod (krzyki, nie opuszczanie lokalu) dodaje animuszu. Zglaszamy z Martinem „Yesterday” Beatlesow. Prowadzacy karaoke tak jest tego ciekaw, ze omija cala kolejke i po chwili jestesmy na scenie. Spiewamy z uczuciem i pasja. She zmieniam na he i wychodzi ze pytam, dlaczego Martin musial odejsc. Rzut okiem na publicznosc Ushuaiska. Polowa sie smieje i to chyba calkiem szczerze, widac ze dobrze sie bawia. Druga polowa wyraznie mniej zadowolona, ta Ushuaia chyba na taka akceptacje nie jest jeszcze gotowa. Nikt nic nie krzyczy, ale zgaduje ze komentarze podnosowo-szeptane nie sa nam przychylne. „Coz, nie jestem juz w Amsterdamie” komentuje Martin.
Kilka godzin pozniej wchodze do dyskoteki. Zatrzymuje mnie przystojny pan w modnej koszuli.
-Wybacz moja smialosc, ale czy przypadkiem jestes z Francji?
-Nie, z Polski
-Ach, jak to zatem robisz, ze jestes taki piekny?
-Szczerze to nie wiem, ale wole kobiety
-Ech... (to ech ma oddawac smutny wzdech)
Mysle, ze i tak mi nie uwierzyl, po prostu uwarza, ze jestem wierny Martinowi. Matinowi, ktorego pozniej podrywa reszte wieczoru, nawet jak ten calowal sie z dziewczyna.
Nastepnego ranka, po trzech godzinach snu, ruszam znowu do Parque Nacional. Martin nie reaguje na zadne bodzce takze jade sam. Hola -witam sie z kierowca. Hola, Ojos Bonitos (czesc, Piekne Oczy)- odpowiada kierowca i jego pomocnik. Widac byli na karaoke.
W restauracji schroniskowej pisze imie, nazwisko, nazwe hostelu i godzine wymarszu. Wzgledy bezpieczenstwa, godne pochwaly. Niebo niebieskie jak oczy Martina (...), pierwszy raz od kiedy tu przyjechalismy. Przechodze przez plaze pelna amerykanskich turystow. Wszyscy fotografuja jednego krolika, widac dopiero przyjechali. Ich duze aparaty i odglosy migawki rozdrapuja dawne rany.
Wchodze do lasu, nie ma absolutnie nikogo. Po kilku minutach spotykam DzieciolaCoZarazRodzicowWola. Przeskakuje nerwowo z galazki na galazke, ale dzielnie puka, nie zwazajac na niebezpieczenstwa nadciagajacego gringo. Dzieciol zfilmowany. Po pewnym czasie, liczac od dzieciola, spotkam duzego ptaka. Obiektywnie drapiezny, choc kontakt mielismy raczej pobiezny. Przysiadl na chwile na galezi, przyjzal sie Ojos Bonitos i ruszyl w dalsza droge. Widac byl tylko przelotem. Zaczyna sie szlak na cierro Guanaco. Tablica, nie wchodzic po godzinie 12, bez dobrych butow i odpowiedniej odziezy. O trzech godzinach snu nic nie mowia. Poltorej godziny pod gore w lesie. Czuje w nogach wczorajszy treking i dyskoteke. W koncu wychodze ponad granice lasu. Wszedzie bialo, pogoda ciagle dobra- powazny zastrzyk energii. Na tym etapie spotykam jakiegos chlopaka. Pozniej w schronisku widzialem, ze na szlaku bylismy tylko my. Prywatne Guanaco. Ma duzy plecak, chyba z rzeczami do campingu, takze jest mu sporo ciezej. Wyprzedzam. Przez jakis czas ide po czyichs sladach sprzed kilku dni. W koncu jednak i te sie koncza. Dziewiczy snieg do wysokosci kolan, a czasem i do pasa. Buty zupelnie przemoczone, pod sniegiem co jakies czas strumyki i bloto. Stojac w bialej dolinie widze laguny, ocean i tecze.

Tecza jest po prawej nad laguna

Znikaja juz wszelkie watpliwosci. Rano zastanawialem sie powaznie czy mam isc. Sen byl niezwykle kuszacy. Wtedy przeczytalem wiadomosc od taty. W domu, po jakis 12 latach, podlaczono kanalizacje. Moge brac dlugie prysznice i mieszkac do konca zycia z rodzicami... Informacja dodala sil. (Nie wiedzialem jeszcze wtedy o zapskudzonym przez szpaki balkonie)
Snieg co raz glebszy, stok co raz stromszy i zmeczenie co raz wieksze. Pogoda zaczyna sie psuc, kolega slonce powiedzial hasta luego. Ostatnie sto metrow ide ledwie zipiac, jakies 15 minut. W sumie nieco ponad trzy godziny. Drugi wspolzdobywacz Guanaco sporo nizej, wyglada na to, ze zrezygnowal z ataku na szczyt.




Stoje na szczycie niecale 1000 metrow nad poziomem morza, a czuje sie jakbym zdobywal Himalajskie szczyty. Wieje jak diabli. Wykopalem dziure w sniegu i szybkie sniadanie mistrzow.

Sniadanie mistrzow, Pablo po lewej, w kadrze zmiescil sie polowicznie

Chmury zaczynaja schodzi nizej, wiec ruszam w lekkim pospiechu w dol. Tym razem czynnosc wdech-wydech nie byla az tak absorbujaca jak na Ishince, choc zmeczylem sie uczciwie. Po drodze mijam mojego niedoszlego wspolzdobywce. Patrzy na mnie jak na wariata jak zbiegam w dol. Musialem zdazyc na autobus o 16, umowilem sie z Mateuszem na Skypa.


zdjecia z Patagoni

zdjecia z Tierra del Fuego

czwartek, 10 kwietnia 2008

Z El Chalten na koniec swiata

W El Chalten specjalnie nam sie nie poszczescilo. Choc w sumie nie ma tego zlego. Jestem gotow zaryzykowac stwierdzenie, ze poznalismy troche prawdziwej aury patagonskiej. Przywital nas deszcz i chmury, po nich przyszla mgla, silny wiatr i drobny, klujacy snieg. Wszystko to drazni i chlodzi i nie sklania do wychodzenia z domu. Z drugiej strony tak to tam pewnie najczesciej wyglada. Sezon w Patagonii trwa trzy miesiace, od polowy grudnia do polowy marca. No, mozemy sie zgodzic na cztery. Ale poza tym okresem rejony takiej, jak El Chalten, sa raczej zupelnie opustoszale. Hostele i sklepy sie zamykaja, przyjezdni wyjezdzaja, turysci omijaja z daleka, a dni staja sie co raz krotsze. Cos mi to przypomina... No, a niektorzy musza tam zyc i nie jest wesolo. Jeden otwarty bar, trzy ulice na krzyz i pogoda bedaca esencja depresyjnosci. Pozniej przychodzi prawdziwa zima i jest przynajmniej bialo i ladnie, ale na to trzeba jeszcze troche poczekac. Sa takie miejsca jak Ushuaia (gdzie jestem teraz) czy Bariloche ktore sa zarazem kurortami narciarskimi. Tam sezony sa dwa. Tyle jesli chodzi o rzeczywistosc turystyczna Patagonii.
Przez dwa dni w zasadzie przemieszczalismy sie tylko na odcinku hostel-sklep-bar. Trzeciego dnia (w dniu naszego wyjazdu) przestalo wiac i snieg zlagodnial. Krotka wyprawa do Lago del Torres. Zachecam to obejrzenia krotkiego filmu (pierwsza produkcja w jezyku hiszpanskim).

Gdy wsiadalismy do autobusu chmury rozeszly sie juz na dobre i pierwszy raz zobaczylismy jak urodziwym miasteczkiem jest El Chalten...
4 godziny z powrotem do EL Calafate. Po drodze, na srodku pustkowia, kierowca zatrzymuje autobus i idzie do malego krzyza ukrytego za kamieniem. Kladzie tam plastikowa butelke (chyba z woda), kilka slow modlitwy szeptem i jedziemy dalej. Calosc trwa moze dwie minuty ale ma w sobie cos magicznego. Obok kilka podobnych butelek. W El Calafate od 22 do 3 w nocy. Jedzenie, bilard i pozegnanie z Anna Marie. Po tym jak ukradli jej paszport w Gwatemali wyrobila sobie nowy w Meksyku (podroz Gwatemala-Meksyk bez paszportu obfitowala w dosc nieprzyjemne przygody). Niestety ten paszport ma malo stron i juz jej sie skonczylo miejsce na stemple. Musi czekac w Buenos Aires na nowy zanim bedzie mogla opuscic Argentyne. A mimo, ze Ushuaia jest w Argentynie, to zeby sie do niej dostac trzeba przejechac przez Chile. O 3 rano wsiadamy w drugi autokar. Krotki postoj od 7.30 do 9 i kolejny bus. Na miejsce dojezdzamy okolo 20, po dwoch przejsciach granicznych i jednej przeprawie promem. Na promie widzielismy skaczace delfiny w kolorze bialo czarnym (nie byly to Orki, ale wygladaly troche jak ich miniatury). Przezycie magiczne. Na granicy z Chile zakaz przewozenia zywnosci. Przez Chile mielismy jechac tylko kilka godzin, ale to nikogo nie interesuje. Jablko zjedlismy, a ser postanowilem przemycic. Obiecuje przy tym, ze przez caly okres pobytu w Chile byl zamkniety szczelnie w plastikowej trebce. Kilka godzin a juz nielegal, polski kryminalista.
Tak wlasnie zaczyna sie nasza przygoda z Ziemia Ognista-Tierra del Fuego. To wyspa oddzielona od kontynentu ciesnina Magellana, nalezaca po polowie do Chile i Argentyny. Krajobrazy bardzo urocze, olbrzymie rowniny, pozniej pagorki, lasy i w koncu gory z osniezonymi szczytami. Przy drodze kuzynki Lamy (zapomnialem nazwy, ale to trzecie zwierze z rodziny znanych nam juz od dawna Lam i Alpac), zajace, owce, lis (w liczbie jeden jesli chodzi o moje obserwacje). Przysiaglbym tez, ze widzialem kilka mocno zarosnietych strusi, ale, ze wydaje mi sie to jakies nieprawdopodobne, to nie bede sie zarzekal. Sprawe przeanalizuje zatem i zdam dalsza relacje.
Franek i Pablo z najbardziej poludniowego miasta na swiecie.

niedziela, 6 kwietnia 2008

Rene Fernandez Campbell

Tu gdzie teraz jestem to nie ma moi drodzy tak, ze sie pisze w internecie kiedy sie chce. Jak sa chmury czy inne bzdury, to sie czyta ksiazki lub chodzi na spacery... Ale zacznijmy od poczatku.
LADE to wojskowe linie lotnicze. W zasadzie tylko one lataja poza sezonem po Patagonii. Pobudka o 5 rano, kawa i autobus miejski numer 33 na lotnisko Newbery. W autobusie jedni wracaja z niedzielnej zabawy, drudzy jada do pracy, a jeszcze inni lacza te dwie formy aktywnosci. Check in i wraz z Pablem ostatnie spojrzenie na wschod slonca nad Atlantykiem, po drugiej stronie ulicy. (Beda zdjecia z malego aparatu). Wyciszenie samolotu pozostawia wiele do zyczenia, ale za to kanapki smaczne i obsluga mila.
Pierwszy przystanek to Puerto Madryn. Miasto nad oceanem, sa tu pingwiny, foki, a czasem i wieloryby. Nie zatrzymalem sie tutaj, a chyba powiniennem. Kolejny przystanek- Esquel. Zapytalem sie pani sprzedajacej bilety; co jest w Esquel. Odpowiedziala bez chwili wachania- nada (nic). To dlaczego sie tam zatrzymujecie? Nie wiem. W Patagonii odleglosci sa niebagatelne, a ludzi malo. Ogolnie Argentyna ma z grubsza tylu mieszkancow co Polska, a jest ponad osiem razy wieksza. Loty do poszczegolnych miejscowosci sa raz-dwa razy w tygodniu, normalne linie lotnicze lataja tam tylko w sezonie (ktory sie wlasnie skonczyl). W Esquel rzeczywiscie nie widzialem za wiele oprocz lotniska. Nikt nie wysiadl ani nie wsiadl... W koncu, po 5 godzinach docieramy do El Calafate.
El Calafate to dosc male miasteczko, brama do Parku Narodowego las Glaciares (czyli lodowcow). Jest tu slynny lodowiec Perito Moreno. Posuwa sie codziennie o jeden metr do przodu. Ta czesc z przodu z wielkim hukiem zwala sie co jakis czas do laguny. Krajobraz a´la Wladca Pierscienia, niesamowite odcienie blekitu lodu i wody. Jest to zarazem miejsce bardzo latwo osiagalne, mozna po prostu przyjechac autobusem pod same tarasy widokowe. Przyjezdza duzo ludzi.
Na tym wlasnie etapie poznajemy pana Rene Fernandeza Campbella. Rene Fernandez Campbell jest czlowiekiem, o ktorym nie udalo mi sie za duzo dowiedziec. Zdaja sie, ze bardzo kontroluje wszelkie informacje prywatne przenikajace do prasy czy internetu. Zarazem jego dwa nazwiska mozna zobaczyc na kazdej agencji podrozy w El Calafate. Pan Campbell wraz z rodzina kupil wiekszosc Parque Nacional de las Glaciares i calkowicie kontroluje wszelka turystyke w tym regionie (a turystyka ma tu bardzo powaznie dochodowy charakter). Ceny za wszelkiego rodzaju wycieczki sa bardzo wysokie. Wysokie jak na polskie standardy, o Argentynskich nie wspominajac. Pytalem sie w hostelu, czy dla Argentynczykow sa jakies znizki. Nie ma. Nie bardzo potrafie sobie zatem wyobrazic przecietnego Argentynczyka zwiedzajacego jeden z najwiekszych skarbow naturalnych swojego kraju. Po prostu nie bedzie go na to stac. Dlaczego- pytam w hostelu. ´Becouse it´s a fucking monopoly´ odpowiada zaloga bez chwili zawachania. W kazdym razie Rene Fernandez Campbell kontroluje tu wszystko, a ma tez duze wplywy (ktore powieksza) na Ziemii Ognistej (samo poludnie kontynentu, dzielone przez Chile i Argentyne).
Moi znajomi z Gwatemali (ostatni raz widziani w styczniu na innym kontynencie) mieli dojechali do El Calafate w srode. Ostatecznie byla to noc z czwartku an piatek-w ich autobusie znaleziono narkotyki, protesty na drodze itp. Do tego czasu musialem cos ze soba w El Calafate zrobic, a nie stac mnie bylo na wspieranie Rene przez caly tydzien. Wycieczek jest duzo ale sa naprawde poza zasiegiem przecietnego backpackersa. W autobusie z lotniska poznalem Holendra Martina. Udalo mi sie go namowic na ekspedycje plywajaca do pobliskiej laguny. Po drodze pytamy sie pewnej pani gdzie tu jest jakas plaza.
-Ale jak to plaza?
-No, zeby sie wykapac.
-Ale nie mozna sie kompac!
-Dlaczego, cos tu plywa w tej wodzie czy jak?
-No nie, tzn. w sumie plywa, plywaja kawalki lodu! Woda jest lodowata.
-No tak, ale on jest z Polski- odpowiada natymiast Martin.
-Acha, no chyba, ze tak. Plaza jest 200 m w tamta strone.
Moje pochodzenie bylo dla pani calkowicie wystarczajacym wytlumaczeniem calej sytuacji. Mysle, ze w jej wyobrazeniu, kazdy Polak zaczyna dzien od kapieli w lodowatym jeziorze lodowcowym. Poza kapielami (byly dwie), mozna w El Calafate bawic sie Friesbie z czarnym psem w czerwonej smyczy. Potrafi zlapac friesbie w locie i przyniesc z powrotem. Lapie rowniez w wodzie, mieszka nad plaza przy rezerwacie ekologicznym. W ogole w El Calafte mozna zawsze wyjsc na spacer z psami. Wystarzy wyjsc na spacer, a psy same sie znajda. W liczbie od trzech do szesciu przecietnie. Planeta psow.
Anna Marie z Australii i Revital z Izraela dotarly do hostelu America der Sur po polnocy. Nastepnego dnia we czworke (z Martinem) pozyczylismy samochod i pojechalismy nad Porito Moreno. Dzis z koleji byla wyprawa wielkim katamaranem po innych jeziorach lodowcowych i ogladanie rzeczy naprawde przepieknych. Wszystko to oczywiscie polaczone z solidnym zastrzykiem finansowym dla pana Rene Fernandeza Campbella. Rene z glodu nie umrze. Mam zdjecia, ale stad za bardzo nie da sie ich wyslac. W Patagonii lacza sa satelitarne, bardzo powolne i zalezne od pogody. Jutro ruszamy do EL Chalten skad zrobimy 2 dniowy trekking po okolicach gory Fitz Roy. Wszystko tu jest przepiekne, takze jestem nastawiony bardzo optymistycznie. Klimat jednak zupelnie inny niz dotychaczas, zimny wiatr, deszcz i bez nadmiaru slonca. Ahoj Przygodo!

piątek, 28 marca 2008

Buenos Aires- miasto odciete

To jest jubileuszowy 50 wpis. Nie zebym liczyl, moj blogowy interface mi to powiedzial. Wpis 50ty bylby wesoly, z fajerwerkami itp. Niestety, wydarzenia sprzed ostatnich dwoch godzin troche temu przeszkodzily. Nie jest przynajmniej nudno...

W srode dojechalem do ambasady na czas. Pani nie mogla zrozumiec czemu nie mam Argentynskiego dowodu osobistego. Zgaduje ze Polak ubiegajacy sie o chinska wize w Buenos Aires to nie jest proza konsularnego zycia. Niemniej wize dostalem w godzine (mialo zajac 3 dni), a podczas czekania poznalem ludzi, ktorzy odwiezli mnie pozniej do domu. 20 minut zamiast 2 godzin w autobusach...
Natknalem sie na biuro LAN, pokusa byla nie do odparcia. Zmienilem daty biletu. Z Santiago de Chille odlatuje 27 kwietnia do Auckland w Nowej Zelandii. Stamtad 22 Maja na tydzien do Japoni i dalej Chiny. Jak wiadomo plany zmieniaja sie czesto...
Poruszajac sie po ulicach BA pieszo czy tez srodkami komunikacji miejskiej, na kazdy skwerze i placu spotykalem ludzi protestujacych. Troche zajelo mi rozeznanie sie w sytuacji, ale teraz mam juz pewien obraz.
Obraz
Ceny na rynku zywnosci na swiecie sa wysokie, korzystne dla wielu Argentynskich eksporterow wszelkiego rodzaju jedzenia. Pani prezydent Argentyny (Cristina Fernandez de Kirchner) uznala, ze skoro tak bogaca sie campesinos (mieszkancy wsi), to powinno wzbogacic sie tez panstwo. Bardzo drastycznie podniosla zatem eksportowe cla. Na to wies stanela, zablokowala drogi do Buenos Aires i ogolnie wiekszosc duzych drog w kraju. Trwa to juz 15 dni. W telewizji pokazuja jak rolnicy wywracja auta, zdarzaja sie walki z policja. Tymczasem, po niecalych dwoch tygodniach, pani Cristina oswiadczyla, ze uzyje wszlekich sil aby drogi odblokowac, a z brutalnymi strajkujacymi nie bedzie rozmawiac. To zdenerwowalo juz wszystkich i protesty w samym Buenos, bynajmniej nie rolnicze, trwaja wszedzie. Podobno ostatni raz tak zle bylo w roku 2001 i skonczylo sie to zmiana prezydenta. Mysle, ze to moze byc jedna z przyczyn niewielkiego zainteresowania kwestia Tybetu. Co z tego wynika dla przecietnego mieszkanca BA? Oprocz utrudnien transportowych zaczyna naprawde brakowac jedzenia. Dzis w dwoch duzych supermarketach nie moglem kupic swierzego miesa. Puste polki jak na Kubie.

Co dalej?
Dalej poszedlem do kafejki internetowej, zeby wrzucic do internetu zdjecia tychze wydarzen. Zdjecia wrzucilem, polozylem aparat na ziemi miedzy moja noga, a noga krzesla. Minuta nieuwagi i aparatu juz tam nie bylo. Nie wiem jak moglem nie poczuc, po raz drugi czuje sie jak idiota. Pani w kafejce powiedziala, zebym sie nie martwil, nie bylem pierwszym, ani tez nie bede ostatnim, ktoremu sie to w BA przydazylo. Kamery przy wejsciu jednak nie ma. Poszedlem na policje. Tam pan posterunkowy powiedzial, ze skoro nie mam ubezpieczenia, to szkoda tracic czasu na protokol. Wraz ze mna w kolejce czekalo kilka osob pobitych, tudziez brutalnie okradzionyh, wiec pomyslalem ze to chyba rzeczywiscie bez sensu. Nawet z ta strata moge sie uznawac za szczesliwca. Gdybym bowiem dotarl do hostelu Nomade o dwa dni wczesniej moja sytuacja wygladalaby znacznie gorzej. Do Nomade weszlo wtedy trzech uzbrojonych mezczyzn i okradli wszystkich ze wszystkiego. Do dzis mieszkaja tu ludzie czekajacy na nowe dokumenty, karty kredytowe czy ubrania z domu. Rzeczywistosc puka do podrozniczej Arkadii
Zrobilem sobie spagetti z grzybami (bezmiesne z wyzej opisanych powodow). Chyba kupie wino...
Ostatnie zdjecia z aparatu Agaty...
zdjecia z iguazu odane do ostatniego posta

wtorek, 25 marca 2008

Wielkanoc w krainie doktora Guevary

Zaczyna sie jak zwykle w autokarze. Na dworcu w Sao Paulo kupilem przedostatni bilet do Iguazu. Okazuje sie, ze ferie wielkanocne to nie tylko Polski wynalazek... Podroz miala zajac 16 godzin, zajela 21. Nad ranem do kierowy podchodzi mlody Brazylijczyk. Typ bad-boya, opuszczone spodnie, czapka z daszkiem i 2pac na koszulce (taki raper, ktorego kiedys zastrzelili gangsterzy w Ameryce mamo). Chlopak daje kierowcy plyte, mysle-bedzie ciekawie. Swoj koncert zespol Remo zainagurowal wraz z ksiedzem i chorem ministrantow. Dalej pojawiali sie kolejni goscie- gwiazdy Brazylijskiego crystian country. Na powitanie przypominali widowni, ze Jezus ich kocha. A widownia? Duzo przeuroczo wydekoltowanych Brazylijek w kowbojskich kapeluszach, ktore zdaja sie kochac zespol Remo nie wiele mniej niż samego Jezusa. Kojarzy mi sie to wszystko z pewnym starym odcinkiem South Parku (po angielsku).
O 13 dojezdzamy do Foz de Iguazu, miasta po brazylijskiej stronie wodospadu. (w tym miejscu spotykaja sie granice trzech krajow-Brazylii, Argentyny i Paragwaju. Do dwoch pierwszych jezdzi sie ogladac potezne wodospady na granicy, do tego trzeciego kupowac tania elektronike). Autobusem miejskim z wielkim plecakiem do parku narodowego. Gdy wsiadalem swiecilo slonce, gdy wysiadalem, z nieba lal sie wodospad deszczu. Ludzi w autobusie patrzyli na mnie ze wspolczuciem. W parku na szczescie byly schowki- plecak w schowku schowany, a ja ruszam, wraz z tysiacem lokalnych turystow, moknac pod wodospadem.

Wieczorem kolejnym autobusem miejskim (ktory, co ciekawe, przejezdza przez trzy kraje) wjezdzam do Argentyny. Wiem, ze pieczatka wyjazdowa z Brazylii jest bardzo wazna. Prosze zatem kierowce zeby sie zatrzymal na granicy. Patrzy na mnie jak na wariata, ale sie zatrzymuje. Na granicy jestem tylko ja i jeden czlowiek, ktory chetnie wymieni moje pieniadze. Nie mam pieniedzy, ostatnie wydalem na hot doga. Po stronie Argentynskiej panowie z usmiechem przybili mi ichniejszy stempel i nie byli specjalnie zdziwieni, ze w Brazylii nikogo nie bylo. Jest pozno, nie jadlem nic oprocz tego hot-doga i nie mam pojecia gdzie sie zatrzymac.
Pierwsze spotkanie z Argentynczykami. Biora mnie do swojej taksowki i zawoza do super hostelu (pozniej przezytalem, ze zdaniem przewodnika to najlepszy hostel w calej Argentynie). Miejsc nie ma (Wielkanoc...), ale moge sie wykapac, zjesc, poplywac w basenie itp. Da sie przezyc:). O 23 znajduje sie lozko i problem rozwiazany. Tak minal Wielki Piatek
Rano, wraz z wczorajszymi przyjaciolmi, ruszam na zwiedzanie wodospadow po stronie Argentynskiej.


Niczego podobnego w zyciu nie widzialem, takze zrobilo olbrzymie wrazenie. Jedyny problem w tym, ze wraz z nami Iguazu zwiedza ok miliona argentynskih turystow i o obcowaniu z natura nie mozna za bardzo mowic. Obcowanie z dzikim tlumem turystow w zamian.

Wracamy z wodospadu. W hostelu na te noc nie ma juz miejsca, ruszam szukac innego noclegu i transportu do Buenos Aires. Bilety w 7 firmach wyprzedane, zostaly tylko w jednej. Autokar de lux ktorego siedzenie rozklada sie do calkowitego poziomu-najprawdziwsze lozko innymi slowy, kosztuje slono (170pln) ale innej opcji nie ma. Wszystkiego trzeba w zyciu sprobowac. Hostel tez sie znajduje. Pani troche sie dziwi ze check-inu dokonam okolo drugiej w nocy-w poprzednim lokum jest dzis Asado, czyli grill. Na powitanie dostaje darmowy drink-Caipirinhe (cos podobnego do Mojito, tylko Cachaca zamiast rumu, typowo brazylijskie, nie argentynskie). Rozmowa z barmanem sie kleji, wiec dostaje jeszcze dwie darmowe Caipirinhe. Z nieco przesadnym usmiechem na twarzy ruszam na przystanek autobusowy. Tam spotykam dwie Argentynki, ktore z powodu chmur dostaly zwrot kosztow wycieczki krajobrazowej. Moj hiszpanski jest co raz lepszy w zwiazku z czym 15 minut pozniej siedzimy w barze. Dziewczyny zaprosily mnie na Caipirinhe... Po kolejnej godzinie jedziemy do mojego pierwszego hostelu na asado. Tam ciemno zupelnie, wiec moje nowe kolezanki patrza na mnie dosc nieufnie. Nie ma pradu, ale grill, basen i zabawa jest. Co wiecej jest tez darmowa Caipirinha! W stanie juz bardzo wesolym ruszam okolo trzeciej wraz z wielkim plecakiem do nowego hostelu. Tak minela Wielka Sobota.
Sniadanie wielkanocne z wczorajszym barmanem, spacer po miasteczku i do Super Busa. Dostalismy na kolacje wielkanocne jajka z czekolady, kelner przechodzil co jakis czas z napojami.
20 godzin. Po drodze policja zatrzymala mojego wspolpasazera. Mial w bagazu podrecznym 4 nowe radia samochodowe na wlasny uzytek. Widac byl w Paragwaju.
Do Buenos Aires dojezdzam rano, jade autobusem nr 28 do hostelu, ktory polecila mi kiedys Gwatemalska kelnerka. Tam spanie. 24 Marca 1976 w Argentynie mial miejsce zamach stanu i wladze przejelo wojsko. Zaczely sie bardzo trudne i okrutne lata dla tego kraju. W 32 rocznice tego wydazenia w calym miescie odbywaja sie przerozne manifestacje. Pytam sie spotkanych ludzi, czy protestuja przeciwko czemus lub komus? Nie, po prostu pamietaja. Muzyka, pokazy akrobatow i duzo tanca na ulicy. Tancza wszyscy, matki z dziecmi, starsi panowie, biznesmani po godzinach. Na trawnikach siedza ludzie i popijaja mate. Yerba Mate jest tu absolutnie wszechobecne. Widok czlowieka z termosem na ulicy przestal mnie dziwic juz po kilku godzinach. Jest w tym wszystkim, jak i w calym miescie, jakas naprawde magiczna atmosfera. Slyszalem, ze BA jest najlepszym miastem Ameryki Poludniowej i zaczynam sie do tego przekonywac. Wieczorem, wraz z poznanym fracuzem i jego gitara, idziemy na plac. Poznajemy dwoch wlochow i dwie argentynki, godzine pozniej jemy u nich w domu kolacje. Dobre wino za 5 zlotych i konczy sie Lany Poniedzialek.
We wtorek, jak to zwykle bywa po swietach, wstalem rano, zrobilem kopie paszportu, 2 zdjecia 4x4 cm i ruszylem autobusem 112 do Ambasady Chin. Podroz zajela 2,5 godziny (troche sie zagubilem, miasto nie jest male) i dotarlem na miejsce o 12.35. Ambasada zamyka sie o 12.30 wiec jutro powtorka z rozrywki. Pod ambasada manifestacja Tybetanska- dwoch mnichow i jeden policjant pilnujacy porzadku... Zrobilem im zdjeie i chyba sie ucieszyli. Ucieszyli, ze kogos to interesuje.
W Argentynie stalo sie jeszcze cos innego. Prawdziwa zmiana jakosciowa w mojej podrozy. Od poczatku najbardziej zalezalo mi na kontakcie z ludzmi z krajow, do ktorych jezdze. Niestety szybko przekonalem sie, ze istnieja pewne bariery. Po pierwsze oczywiscie jezyk. Z drugiej strony, juz gdzies na wysokosc Peru, moj hiszpanski stal sie dosc komunikatywny, jednak wielu powazniejszych znajomosci to za soba nie pociagnelo. Bieda tych krajow tworzy sciane naprawde nie do przejscia. Ludzie czuja przed kims, kto wyglada tak obco (blondyn , 180cm to nie jest typowy Boliwijczyk) pewnego rodzaju strach, niechec. Jest roznica kulturowa, ktorej nie potrafilem przeskoczyc na plaszczyznie kilku wspolnie spedzonych godzin. Argentyna to jest inny kraj. Kraj, ktory juz byl bogaty, jest ciekawy swiata i sie go nie boi. Dzieki temu z Argentynczykami rozmawia mi sie latwo, maja duzo do powiedzenia i staraja sie zrozumiec to, co mowie ja. Naprawde inna jakosc i przez to duzo radosci.

Zdjecia z Iguazu