wtorek, 29 lipca 2008

I po urodzinach

(On Southern Thailand)
We're back in Bangkok. Southern Thailand is beautiful (really beautiful, it's hard to describe it), but the number of tourists is rather depressing. We've been to Phi Phi - the paradise island where they filmed 'The Beach', among other movies. In the morning you board one of 30 boats docked next to one another, all of them will be heading more or less in the same direction. We stop, we snap, next stop, 15 min, snorkeling, lunch, next stop, short walk, back on the boat, that's it...

Urodziny na krancu swiata- Melisa, Charlotte, Karolina i ja,
Pablo jeszcze w kieszeni, swieczki made in Poland

Po pierwsze to dziekuje wszystkim za zyczenia, numery buta, imiona zwierzat domowych, slowa otuchy, zacisniete kciuki i inne tego typu rzeczy. To bardzo motywuje do dalszego pisania. Nie sadzilem, ze az tyle osob czyta naszego bloga. Za to chyba musze podziekowac w duzym stopniu mamie i Krysi ktore mnie na swoich stronach promowaly. Dziekuje!
Ksiazke, ktora kilka osob sugerowalo, to ja ja bardzo chetnie napisze (zwazywszy, ze juz jest prawie napisana...) Haczyk w tym, zeby ktos ja chcial wydac, a pozniej jeszcze kilka osob chcialo przeczytac. Pablo kreci glowa raczej bez entuzjazmu. Spotkanie to sprawa raczej latwiejsza, gdzies pod koniec pazdziernika w moim instytucie pewnie (na Karowej w Warszawie).
Ale, ale! Tu tak sentymentalnie, a podroz trwa przeciez w najlepsze. To jest dosyc ironiczne- normalnie 2 miesieczna wyprawa do poludniowo-wschodniej Azji to by mogla byc podroz zycia. Z punktu widzenia minionych 9 miesiecy nie sposob jednak oprzec sie wrazeniu, ze powoli zmierzamy ku koncowi. Trzeba bylo wybrac jakies przedmioty na przyszly rok, tata pyta sie na jaki kolor przemalowac pokoj itp. Niby nie duzo, ale to takie dzwieki ze swiata rzeczywistego, ktore slyszymy tuz przed obudzeniem sie z pieknego, glebokiego snu.


Koledzy z pieknego, glebokiego snu

Jestesmy z powrotem w Bangkoku. Poludniowa Tajlandi piekna (naprawde piekna, trudno to opisac), nie mniej ilosc turystow dosc przytlaczajaca. Bylismy na Phi Phi-rajskiej wyspie, krecono tam miedzy innymi "Plaze". Rano wsiadanie do jednej z 30 zacumowanych lodzi- wszystkie plyna mniej wiecej w te same miejsca. Plyniemy, postoj, zdjecia, nastepne, postoj, 15 min, snorkeling, lunch, postoj 15 min, spacer, plyniemy, koniec....


Poranek przed Phi Phi tour

Jest zatem pieknie i co wiecej bardzo "latwo" (idealnie dla rodzin z dziecmi itp.) . porownaniu do wciaz wzglednie dziewiczych Filipin, ilosc turystow w Tajlandii jednak razi. Wyjatkiem bylo moze Koh Tao- duzo ludzi, ale wciaz jakas taka bardzo dobra atmosfera. No i prosto z restauracji, czekajac na zamowiony posilek, mozna wskoczyc do morze tuz za barierka- woda 33 stopnie...
Ilosc ludzi nie wplywa tylko na niemoznosc zrobienia ladnego, "dzikiego" zdjecia. Tajowie z tychze najbardziej turystycznych rejonow sa znacznie mniej sympatyczni, trudniej nawiazac z nimi kontakt i oczywiscie ceny winduja w gore. Najmilszych ludzi poznalem przy okazji wspinaczki lub nurkowania- mimo, ze oczywiscie robi to tutaj sporo osob, to wciaz nie jest turystyka masowa. Co wiecej, podobno teraz jest low season, nie chce sobie high wyobrazac.
Dlatego tez ruszamy z Pablem i Karolina do Kambodzy, Wietnamu i Laosu. Koniec leniwego plazowania, przynajmniej na kilka dni (choc oczywiscie w Kambodzy juz mamy jedna plaze upatrzona). W piatek mam dostac wize do Wietnamu, a wtedy...
Franek, Pablo i Karolina na tropach Khmerow (czerwonych i tych starszych).

1. Zdjecia z pludnia (ta sama galeria, ale wiecej zdjec dodanych)

piątek, 25 lipca 2008

Franek i Pablo na tropach sloni

(The birthday post)
Today is my birthday. [...] The birthday gift I'm asking for is rather unassuming. We would like everyone who's reading this to kindly post a comment below. Anything will do, cat's name or shoe size. Me and Pablo are simply dying to find out what is the number of people who read our scribble.

Dzis sa moje urodziny. 20 byly w Irlandii, 21 w Chorwacji, 22 w USA, a 23 sa w Tajlandii. Uroki urodzin lipcowych polaczonych z praca nurkowa (te sa pierwszymi, w ktore nie musze isc do pracy). Z tej wlasnie okazji chcialem prosic wszystkich czytelnikow o maly prezent, ale o tym na koncu.

1. 19 lipca 11.45, Lot AF164 z Paryza, bramka C (a nie B, choc niektorym sie tak wydawalo). W ow bramce stoi Karolina, a wraz z Karolina… Kielbasa Mysliwska, ogorki, chlebek, 2 torciki wedlowskie, prezent od mamy, Ksiazka i rozmowy w jezyku polskim w realu (w odroznieniu od virtuala). Dalej Koh Samui, Koh Pagnanh, Koh Tao, Simmurathani i obecnie Krabi (koh to znaczy wyspa). Na owych wyspach wielka impreza, snorkeling, spacery, nurkowanie, plazowanie, konsumowanie, podziwianie, fotografowanie, znajomych-z-meksyku-i-koh-san-road-spotykanie, wspominanie, planowanie, socjalizowanie… Miejsca rajskie, ale wiemy o tym nie tylko my. Wszedzie tloczno jak na plazy w Sopocie w lipcu. Trudno sie dziwic, trudno sie tez cieszyc, Tajow w zasadzie nie ma, ani po stronie uslugobiorcow ani uslugodawcow. Nie zmienia to faktu ze wczoraj ryba wplynela mi do ucha (tego co nie bylo chore) i to byl absolutnie pierwszy taki przypadek w mojej osmio letniej historii nurkowej. To byla ryba z gatunku ryb wszystko czyszczacych, slabo zatem swiadczy o mojej usznej higienie. Poprawie sie. Kilka zdjec

2. Ksiazka to sprawa niebagatelna. Jest to Ksiazka Witolda Beresia i Krzysztofa Brunetko o Marku Edelmanie- “Zycie. Po prostu”. Czytam, czytam i nie moge sie nadziwic zdarzeniom tam opisanym. Marka Edelmana bardzo podziwiam i szanuje od kiedy przeczytalem ”Zdarzyc przed Panem Bogiem” (lektura obowiazkowa byla, przynajmniej przed rzadami pana giertycha). Czytajac te ksiazke szacunek i podziw rosnie jeszcze bardziej. Do tego dochodzi to, jak jest napisana. Moim zdaniem autorzy, wywiazali sie z zadania na piatke Zadania zdecydowanie nielatwego.
Oprocz wielu innych rzeczy, zrozumialem tez w koncu dlaczego nikt z moich Izraelskich znajomych nie mial pojecia kim jest Edelman (choc Anielewicza znali wszyscy). Smutne raczej. Uwazamy, ze obie te ksiazki (o Edelmanie i wczesniejsza "Nie ograniam swiata" o Kapuscinskim) powinny zostac lekturami szkolnymi.
Podpisano
Franek Przeradzki i Pablo Mis (Pablowi trzeba co prawda pewne fakty historyczne tlumaczyc, bo on mlody jeszcze, choc juz doswiadczony dosc)

3. Urodzinowy prezent jest wzglednia niewymagajacy. Prosimy kazdego, kto ow wpis przeczyta, o wpisanie czegos w komentarzach. Moze byc imie kota lub numer buta. Chodzi po prostu o to, ze strasznie jestesmy z Pablem ciekawi, ile osob te nasze wypociny czyta. Innego sposobu na sprawdzenie nie wymyslilem (mis to w ogole ma inne rzeczy na glowie). 10 a 30 to w koncu jest roznica :). Jeden komentarz na osobe i statystyki beda proste. Z gory bardzo serdecznie dziekujemy!
Franek i Pablo na tropach sloni

czwartek, 17 lipca 2008

Busuanga

(on the new mayor of Busuanga)

John, aka Gigi, is new to Busuanga. He came down from Manila to set up an Air Philippines front desk. John took me out for a beer, on which occasion I took a few pictures of him. A couple days later he drops by asking if I could take a few more. He’s planning to run for the mayor of the island in 2010. [...] The mayor office candidate regrets he is unable to furnish a traditional form of payment for this service, is more than happy to offer a substitute though: marijuana.


Na Busuandze znalazlem swoj maly raj. Isabel wsadzila mnie w jeden z najmniejszych samolotow swiata i w ciagu godziny znalazlem sie w krainie maly wysepek, zielonych wzgorz (nie wiem jak sie pisze, ale chyba tak, w koncu gora z 'w' na poczatku) i blekitnego oceanu. Po wizycie u Filipinskiego Laryngologa ucho zostalo dopuszczone do uzytku nurkowego. W koncu, po 8 miesiacach...

Laryngolog Filipinski

Busuanga bylaby jedna z tysiaca 'zwyklych' filipinskich wysp gdyby nie wydarzenia z 24 wrzesnia 1944 roku. Tego dnia amerykanskie samoloty zatopil ok 24 Japonskich statkow wszelkiego rodzaju. 12 z nich lezy dzis na dnie w znanych nurkom miejscach tworzac podwodna raj osob lubiacych sie pograzac. Pozostale czekaja na swoich odkrywcow... 12 dni i 16 nurkowan, czyli to, za czym tesknilem niemilosiernie.

Z drugiej strony na Busuandze nie ma az tak wiele poza nurkowaniem. Tzn. moim zdaniem jest, ale nie wystarczajaco zeby przyciagnac tu rzesze (znowu nie wiem jak sie pisze) turystow, ktorzy upodobali sobie inne, bardziej plazowe lokalizacje na Filipinach. Dzieki temu ludnosc nie jest 'zepsuta', mieszkancy sa ciekawi zagranicznych przybyszow i wszystko dzieje sie tu po woli, w bardzo cieplej atmosferze. Ponadto, jak juz ktos tu trafi to zazwyczaj na bardzo krotko. 12 dni mojego pobytu wystarczylo zeby troche poznac pracownikow Sea Dive Resort Coron. Chetnie pozuja do zdjec i opowiadaja o swoim zyciu.

Katharina jest barmanka. Wyglada na nastolatke. Nic podobnego, 28 lat, matka trojki dzieci, zostawiona przez chlopaka pol roku temu. W zajmowaniu sie nimi pomaga jej mlodsza siostra. Alimentow nie dostaje, byly chlopak nie ma obowiazku nic placic. Trojka dzieci w tym wieku to tu cos zupelnie normalnego. Prawie kazda 20kilku letnia dziewczyna ktora poznalem ma juz co najmniej jedno. Bardzo katolicki kraj... Chris, instruktor w Sea Dive i prawnik z USA zakochal sie tutaj w przepieknej 21 latce. Zamieszkal z nia razem z jej 3 letnim dzieckiem.


Katharina

Bardzo sympatyczny, 26 letni Heimel jest Divemasterem w SeaDive od 8 lat. Ojciec 2 dzieci. Instruktorem nigdy nie zostal. Mowi, ze nie stac go na kurs i ze i tak nigdy by sie mu nie zwrocilo. Z drugiej strony jako instruktor zarabialby wiecej. Heimel narzeka na Chrisa i Kevina- mowi, ze nie szanuja Filipinczykow.
Kevin to Anglik, obecnie w swojej trzeciej mlodosci. Od 3 lat zonaty z filipinka pracuje w Busuandze. Nie dla pieniedzy, robi to, bo lubi, pieniadze ma z Anglii. Narzeka na zaloge Sea Dive. Z inicjatywy wlasciciela calego resortu (bardzo juz dojrzaly Amerykanin, z zona Filipinka i dwojka dzieci) zaoferowali wszystkim pracownikom darmowe kursy nurkowe, az do stopnia Divemastera (ten stopien pozwala pracowac na calym swiecie i zarabiac calkiem dobre pieniadze, przynajniej jak na filipinskie standardy). W normalnych okolicznosciach takie zabawy sa zdecydowanie ponad przecietna filipinska kieszen. Pracownicy albo nie sa zainteresowani, albo sie nie ucza i spozniaja na zajecia. Kevina i Chrisa trafia przyslowiowy szlak i, szczerze mowiac, wcale im sie nie dziwie. Mowie mu, co Heimel powiedzial o kursie instruktorskim. Kevin odpowiada ze H kupil sobie 2 miesiace temu motocykl warty wiecej od tego kursu. Mial juz kilka wypadkow, przez ktore kilka tygodni nie mogl pracowac...


Heimel (z tylu) trenuje boks z Toto

John, aka Gigi, jest w Busuandze postacia nowa. Przyjechal z Manili zalozyc biuro Air Philippines. John zaprosil mnie kiedys na piwo przy okazji ktorego zrobilem mu kilka zdjec. Kilka dni pozniej przychodzi prosic zebym mu zrobil wiecej portretow. W 2010 chce startowac w wyborach na mera wyspy. Zaprosil mnie tez na kolacje z merem aktualnym i Mezczyzna Milczacym (M&M's).
-John, jak mam byc fotografem twojej kampanii, to musisz mi zaczac placic jakos- zartuje
-Oj Frank, nie mam pieniedzy, ale moge ci cos przyniesc w zamian.
Byc-moze-przyszly-burmistrz Busuangi za zdjecia zaplacil mi Marihuana...


Od lewej: Mer, Gigi i M&M's

Tak mniej wiecej plynie zycie na Busuandze. Dzis przylecialem do Manili i juz tesknie. Nie ma czasu- jutro Bangkok. W sobote o 11.45 przylatuje Karolina. 4 godziny pozniej lecimy do Koh Phangan na slynne full moon party. 10 tysiecy ludzi na plazy i starzy znajomi z Koah San road. Cos sie konczy, cos sie zaczyna.
Zdjecia z raju

niedziela, 13 lipca 2008

Motyw prostytutek w podrozy dookola swiata

(On my encounters with prostitutes in Cuba)
[...] The difference is that there is actually little difference between them and my female friends from university or from high school. They all have 'normal' jobs - college teacher, fitness coach, model etc.. Some have degrees, steady boyfriends, love affairs, broken hearts. Age? Same as mine, give or take a few years. A couple days in Viniales is for them an opportunity to make real money. The local Cuban currency is worth close to nothing and the aging parents, younger siblings and others need the real money. [...]

Isabel poznalem w klubie w Hong Kongu. Poszlismy razem na butelke wody i ciastko do pobliskiego nocnego. Pol godziny rozmowy i tyle, niedlugo pozniej wyszla z dyskoteki z klientem. 3 tygodnie pozniej dzwoni telefon. -Czesc Frank, i jak, udalo ci sie dotrzec do Manili? Hej! tak, ale juz jutro wylatuje do Busuangi. Kilkanascie sekund rozmowy i decyzja. Ok, przyjade do ciebie, ale musisz byc cierpliwy-mieszkamy 4 godziny drogi stad (w chwili rozmowy jest juz 18). Spedzilismy razem noc w klubach i kawiarniach manilijskich, rano odprowadzila mnie na lotnisko, a w miedzy czasie milion niesamowitych historii. O zakochanym kliencie, ktory chcial z nia zamieszkac w Anglii, o innym, zonatym mezczyznie ktory kupil jej mieszkanie w Hong Kongu i zatrudnil jako swoja asystentke. Rodzice sie ucieszyli, dotychczas mysleli ze pracowala jako barmanka. "Przynajmniej bedziesz spac jak czlowiek" powiedziala zadowolona mama.

8 miesiecy temu byloby to dla mnie raczej niewyobrazalne. Wydaje mi sie, ze w kwestii prostytutek jestem/bylem raczej przecietnym polskim dwudziestolatkiem. Nigdy z zadna nie rozmawialem, widzialem czasem z za szyby samochodu i czytalem w roznych smutnych artykulach i ksiazkach. Ostatnie kilka miesiecy przynioslo dosc drastyczne zmiany. Historia zaczyna sie na Kubie, w slynnym Viniales. W Hawanie, a wczesniej w Meksyku bylem oczywiscie nagabywany, ale to sie od Europy tak bardzo nie rozni. Co innego Casa de la Musica w mojej ukochanej kubanskiej wiosce. Spedzilem tam kilka dni, malo ktory turysta przyjezdza na dluzej niz jeden. Obraz: Orkiestra gra wspaniala Salse, kubanscy chlopcy prosza biale panie do tanca, biali panowie prosza urocze kubanskie dziewczyny. Wszyscy sie usmiechaja, rum jest tani, a zycie piekne. I tak kazdego dnia. Moj problem polegal na tym, ze nie mowilem wtedy zbyt wiele po hiszpansku. Turysci zmieniaja sie codziennie, a elementu stalosci szybko zaczyna brakowac. Rozwiazanie? Butelka rumu. Kupic, postawic na stole, a przyjaciele znajda sie od razu. Drugiego dnia zakolegowalem sie z lokalnymi chlopakami (tymi co prosza biale panie). Podobnie jak tanczace dziewczyny mowia po angielsku, to drastycznie ulatwia rozmowe. Ten 'spontaniczny' taniec to ich praca, nie wolno im tanczyc z kubankami. Myslalem, ze z dziewczynami jest podobnie. Mlody naiwny czlowiek, szybko wyprowadzony z bledu. Dziewczyny mowily, ze czuja sie bardzo samotne i jak chce, to moge je miec. -Nie, dziekuje, mam dziewczyne. Francisco, seguro? -Si, Seguro (napewno? napewno.). I tak przez kilka kolejnych dni. Butelka rumu rekompensowala odrzucone propozycje.
Roznica polega na tym, ze to sa zupelnie takie same dziewczyny jak moje kolezanki ze studiow czy liceum. Maja 'normalne' prace- nauczycielka w liceum, instruktorka aerobiku, modelka itp. Niektore skonczyly studia, maja swoich chlopakow, milosne historie, zlamane serca. Wiek? Moje rowiesniczki, czasem nieznacznie mlodsze lub starsze. Kilka dni w Viniales to dla nich szansa dorobienia prawdziwych pieniedzy. Za kubanska lokalna walute nie mozna kupic prawie nic, a starzy rodzice, mlodsze rodzenstwo i inni potrzebuja prawdziwych pieniedzy. Pod koniec tygodnia bylismy juz calkiem dobrymi znajomymi, z jedna z nich wracalem autobusem do Hawany. Tam znowu atakuje nachalnosc i przedmiotowosc, powrot do prostytucji jaka znalem wczesniej, z ta tylko roznica, ze Kubanki sa nadprzecietnie urodziwe.
W Hawanie poznalem 50cio letniego, bogatego Polaka i jego przepiekna, 19 letnia 'dziewczyne'. Piesc sama sie zaciska, takie osoby wyzwalaja gleboko skrywane poklady agresji. Kilka minut rozmowy z nia (na wiecej nam nie pozwolil, nie podobalo mu sie to, ze moge rozmawiac troche po hiszpansku). Byla z nim juz 6 miesiecy w Polsce, wrocili tylko na 2 tygodnie, ona odwiedzic swoja rodzine, on w poszukiwaniu drugiej 'dziewczyny'. Trzyma ja w swojej willi niemalze jak zamknieta w zamku. Ona nie mowi za bardzo po angielsku, on ani slowa po hiszpansku. Mimo to, ona chce z nim wrocic, woli to, niz biede w rodzinnej wiosce. Ten mezczyzna i ta willa to dla niej raj, nawet jesli dla kogo innego byloby to pieklo. '-Francisco, ja wiem, ze to trudno zrozumiec, ale ona tego chce i ty musisz to zaakceptowac, nawet jesli nie potrafisz zrozumiec tlumaczyla zona Ricardo, mojego gospodarza.
Kolejne miesiace byly raczej ciezkie w tym temacie. W Rio de Janeiro zaczelo mnie to doprowadzac do szalu. Kazda lokalna dziewczyna, z ktora zaczyna sie rozmowe, po kilku minutach zaczyna oferowac swoje uslugi. Na jakikolwiek szczerszy kontakt, taniec czy rozmowe turysta nie ma specjalnych szans. Prostytucja jest wszedzie, a samotnie podrozujacy mlody chlopak nie ma szans na ucieczke przed ciaglymi ofertami, bardziej lub (czesciej) mniej subtelnymi. Wtedy przeszedl mi do glowy pewien pomysl, ale odpowiedni poziom couragu osiagnalem dopiero w Hong Kongu.
W Nowej Zelandii z prostytucja nie mialem zadnego kontaktu (co nie znaczy ze jej nie ma), Japonia to natomiast cos calkowicie odwrotnego. To jakze ulozone, tradycyjne spoleczenstwo nocami odkrywa najprzedziwniejsze seksualne obyczaje. Wszelkiego rodzaju seksualne uslugi tam dostepne to temat wielu opaslych tomow. Wszystko to jest jednak zamkniete, photo menu i odglosy zapraszaja spacerowicza do srodka domow uciechy, na ulicy nie widac nic ponadto. W Chinach wrocilismy do bardziej klasycznej wersji, ale dopiero Hong Kong przyniosl ciekawe wydarzenia.
Jak wczesniej pisalem, do dyspozycji byly albo kosztowne lokale dla ludzi z zagranicy, albo bardziej lokalne dyskoteki w nie-az-tak-dobrej dzielnicy. Tam poznalem Isabel i jej kolezanki. Zaczelo sie tak samo jak w innych miejscach. Starzy, brzuchaci panowie i piekne mlode dziewczyny z calego swiata (Azja, Ameryka Poludniowa, Afryka). I znowu przerozne oferty. Z drugiej strony bylem tam jedynym mezczyzna ponizej 40 roku zycia. '-Hej, jak masz na imie, czym sie zajmujesz?', -Frank, I'm a gigolo in Poland. - a co to jest gigolo? -Hmm, taki tancerz, tancze dla kobiet. -Ale jak to, przeciez to dziewczyny tancza dla mezczyzn! -Widzisz, w Europie zdarza sie odwrotnie. -A co tu robisz? -Tylko wakacje, pracuje w Europie. Godzine pozniej siedze z Isabela pod sklepem i slucham, jak ciezko bylo zaczac, jak okropnie jest oszukiwac rodzicow i o ile latwiejsze jest jej zycie z tym zarobkiem. Slucham o jej marzeniach, planach i o smutnej rzeczywistosci. Czuje sie jak reporter, ktory dostal przepustke do tajnej jaskini Al Kaidy, do miejsca gdzie nikt nie ma wstepu.
Wieczor spedzilem na bardzo sympatycznych rozmowach, dziewczyny kupowaly mi drinki, a ja sluchalem ich opowiesci. Tam tez poznalem Nane. Nana jest fryzjerka w Pukhet w Tajlandii. Do Hong Kongu przyjezdza raz na jakis czas, zarobic powazniejsze pieniadze. Nana to zupelnie inna liga niz Isabel, Exclusive. Tu i owdzie poprawiona przez chirurga plastycznego, odrzuca wiekszosc propozycji. Ceni sie wysoko i z byle kim z klubu nie wyjdzie. Zreszta tak czy owak nie zbankrutuje. Dziewczyny dostaja prowizje od kazdego drinka kupionego dla nich. Kto by nie chcial postawic drinka Nanie? Po krotkiej rozmowie stwierdza, ze dzis chce miec wolne. Zmieniamy lokal, dziewczyny kupuja mi nieprzyzwoicie duza ilosc drinkow. Nad ranem Exclusive odprowadza mnie do taksowki, za ktora zreszta placi. '-Nana, prosze cie, nie wyglupiaj sie. -Frank, you are on Holidays, I'm working, no worries (ty jestes na wakacjach, ja pracuje, nic sie nie martw).
Nastepnego dnia umowilismy sie na kawe przed jej praca. Opowiada mi o swoim chlopaku. Zonaty mezczyzna przyjechal do Hong Kongu i sie w Nanie zakochal, co ciekawsze z wzajemnoscia. Po pewnym czasie przeprowadzili sie do Anglii, on rozstal sie z zona (z ktora ma dziecko). Nana wytrzymala w Anglii pol roku i wrocila do Tajlandii. Chce z nim byc, ale u siebie, nie w zimnej, deszczowej i obcej Europie. Nastapily krytyczne miesiace, on zastanawia sie czy wrocic do zony czy wyjechac do Nany. Smsuja kilka razy dziennie. Nana prosila, zebym wytlumaczyl sens kilku wiadomosci. Rozstalismy sie w bardzo dobrych stosunkach, wymiana numerow i byc moze do zobaczenia w Phuket (swoja droga, ciekawi mnie ewentualne zapoznanie jej z Karolina).
Taktyka 'Gigolo' przyjela sie rowniez w Tajlandii, pozwala wejsc za zamkniete drzwi, do swiata, o ktorym wczesniej moglem tylko czytac. Fascynuje mnie to niesamowicie, jako socjologa, a moze po prostu jako czlowieka. I-n-n-y S-w-i-a-t.
Klka dni temu zadzwonila Nana. Chlopak przyjezdza z Londynu. Nie wie czy zdecydowal sie zamieszkac, ale jest bardzo szczesliwa, ze go zobaczy.

czwartek, 3 lipca 2008

Kolacja w Manili

(Dinner in Manila)
On my way to the bar I ran into an old mate of mine – Romeo. He is a boy selling flowers on the street, I bought him a burger last night (a ‘buy one get one free’ deal…). Tonight I ended up sponsoring a party of 9. Total cost was 460 pesos, which amounts to around 6.50 Euro. I think I’ll sleep all right tonight.
Idac do restauracji spotkalem starego znajomego-Romeo. Chlopiec sprzedajacy kwiaty na ulicy, kupilem mu wczoraj Hamburgera (bylo buy one get one free). Skonczylo sie na tym, ze zaprosilem na kolacje 9 osob. Kosztowalo mnie to 460 pesos czyli okolo 22 zlote. Mysle, ze dzis bede spal dobrze.

środa, 2 lipca 2008

Sir, you look like Brad Pitt

(On my visit to the Thai Embassy)
I might as well not mention the visit I paid the Thai Embassy today... I suppose only the American one could have been worse. I will know whether I got the visa or not by Friday - I'm not quite sure what to do next if I don't get it. They must really think that the only thought occupying the mind of any statistical Pole is 'how do I settle down and work illegally in Thailand'...

W sobote wieczor ze znajomymi Irlandczykami siedzielismy na ulicy. Whiskey z plastikowego kubelka (budzetowy hit na Koah San road). Sen w lozku, ktore zamiast materaca ma deske, skrzeczacy wentylator i glowna ulica tuz za nic-nie-tlumiacymi oknami. W niedziele jadlem kolacje w ekskluzywnej restauracji, a pozniej maly drink na otwartym balkonie na 68 pietrze. Spalem w prywatnym pokoju u znajomych. Rano przy sniadaniu gosposia odrywa mi tluszcz z Prosciutto Crudo zebym nie musial sie meczyc. Szofer zawozi mnie na lotnisko. Budze sie w Manili na Filipinach. Skrzeczacy wentylator, dyskoteka za oknem, ale przynajmniej materac.
Taksowka do ambasady Tajlandii. Wystarczy zeby nabrac pewnego obrazu rzeczywistosci manilijskiej. Bieda podniesiona do wyzszego poziomu. Co wiecej bardzo czesto nie ma wyraznego rozgraniczenia na rejony biednych i bogatych. Przewracajace sie bambusowe szalasy i ludzie spiacy na kartonach tuz obok luksusowych apartamentow. Tych drugich jednak znacznie mniej.
O wizycie w ambasadzie Tajlandii lepiej nie mowic, gorzej jest chyba tylko w amerykanskiej. W piatek okaze sie czy dostane wize, jak nie, to nie mam pomyslu co dalej. Oni naprawde mysla ze statystyczny Polak chce sie osiedlic i pracowac w Tajlandii...
Wieczorem spacer po ulicach. Zdjec zadnych nie mam, bo sie za bardzo boje o aparat. W dzien natomiast glownie pada. Chce zostawic to miasto i dostac sie na wyspe Busuanga jak tylko pozwoli mi na to ambasador Tajlandii.

Po drodze zaczepiaja mnie okoliczne "dziewczeta".
-Sir, where are you going? (Dokad pan idzie)
-Sir, it's raining outside (Na zewnatrz pada prosze pana)
-Sir, I feel very lonely (Czuje sie bardzo samotna prosze pana)
-Sir, do you have a girlfriend? (Czy ma pan dziewczyne?)
-Sir, I can love you long time (Moge pana "kochac" bardzo dlugo)
-Sir, you look like Brad Pitt (Wyglada pan jak Brad Pitt)

Poszedlem do baru. Podchodzi maly chlopiec i prosi o jedzenie. Staram sie funkcjonowac z zasada, ze pieniedzy raczej nie daje, ale jedzenia nie odmawiam. Zgadzam sie zaplacic za wszystko co zamowi (klasa restauracji pozwala na takie szalenstwo). Wychodzi na to, ze on zjada za dwa razy wiecej niz ja. Dwa razy wiecej to znaczy 3 zlote zamiast 1,50 ...

sobota, 28 czerwca 2008

Pablo w krainie tygrysow

(Pablo in the land of the tigers)
A couple of days ago I went to the movies. A classic western multiplex cinema, not much to write about. Inside: 15 minutes of trailers, then suddenly everyone stands up at attention and we have a good few minutes of the Thai national anthem. Its major theme is the Thai monarch, his visual life-story on the screen in harmony with the music. Following this rather bizarre interludium, we're back to "Kung Fu Panda" and to the popcorn...
I left Bangkok yesterday. For one night only, but still. Pablo ruled in the tigers' kingdom, we crossed the bridge on the river Kwai etc. Here definitely pictures instead of words...
photos

Kilka dni temu poszedlem do kina. Klasyczny zachodni multipleks, trudno znalezc tam cos zaskakujacego. Najpierw 15 minut zajawek,a pozniej wszyscy nagle staja na bacznosc i kilka minut hymnu Tajlandii. Opowiada o tym (ow hymn) jak bardzo Tajlandczycy kochaja swojego wladce, a wizualizacje prezentuja rozne jego zdjecia. Po tym nieoczekiwanym przerywniku z powrotem do "Kung fu pandy" i popcornu...
Wczoraj oposcilem Bamgkok. Na jedna noc co prawda ale zawsze. Pablo pobuszowal troche po krainie tygrysow, przeszlismy mostem na rzece Kwai itp. Tutaj juz zdecydowanie zdjecia zamiast slow


niedziela, 22 czerwca 2008

Szanghaj-Hong Kong-Bangkok

(Mirador Mansion reality)
'It turns out that three of my roommates are currently filing for divorce: the "How to get a divorce in Hong Kong" brochure is an instant hit among the Mirador Mansion inmates...'

Z Szanghaju samolotem do Hong Kongu. Miasto duzo drozsze niz reszta Chin, wiec poszukiwanie najtanszego zakwaterowania. Tak trafiamy w okolice slynnego Chunking Mansion (a dokladnie Mirador Mansion, tuz obok). To dwa budynki biedoty, blisko centrum, bardzo tanie i bardzo biedne. Kuchnia, odcienie skory, jezyki i prostytutki z calego swiata. Na twarzach backpackersow trafiajacych tu pierwszego dnia maluje sie strach. Na mojej malowal sie rowniez, "jak tu wejde to juz nigdy nie wyjde".
Po dwoch dniach mam juz lokalnych kolegow pod sklepem na dole, rozmowy w windzie itp. Po tygodniu szkoda bylo wyjezdzac. W szescioosobowym pokoju jestem jedyna osoba przed czterdziestka. Lozko jest za krotkie, wjec wystajacymi stopami dotykam w nocy glowy japonczyka spiacego obok. Integracja na najwyzszym poziomie. Trzech sublokatorow jest w trakcie rozwodu, najpopularniejsza lektura w pokoju jest broszura "how to get a divorce in Hong Kong". Walter przyjechal tu na 5 dni 13 lat temu. Dostal prace i postanowil zostac dluzej. Duzo dluzej. 13 lat w pokoju, ktory byl jednym z najgorszych jakie widzialem w calej podrozy. Wieczorne opowiesci to jak filmy przygodowe. W dzien glownie deszcz, kupilem pierwszy parasol w moim zyciu i przeczytalem dwie ksiazki. W nocy bar. Albo drogo, z europejczykami zyjacymi w HK, albo tanio, w otoczeniu starych biznesmenow i mlodych "dziewczyn" z calego swiata. Wiza z pozwoleniem na prace na 6 miesiecy i podobno mozna sie dorobic. Jednego dnia wyszedlem sam, drugiego z Amerykanka poznana w Szanghaju. Jakbym byl gdzie indziej, wciaganie na sile do night clubow i wszelkie nieprzyzwoite oferty znikaja natychmiast. Mezczyzna i kobieta odwiedzajaca te lokale beda de facto w dwoch roznych miejscach.
W sobote przylecialem do Bangkoku. Zeby dostac wize musialem miec bilet wylotowy. Najpierw miala byc Papua, pozniej Birma a w koncu lece na Filipiny. Pierwszego lipca laduje w Manili . Wiza i Autobus na ulice Khao San. Jest jak caly wszechswiat, po 2 dniach nie czulem jeszce potrzeby wychodzenia poza nia.

piątek, 13 czerwca 2008

Z glowa w Mur

(On the night on the Great Wall of China)
'[...] Someone must have come up to sleep here like I did, it sounds like a sleeping bag or a pad or something. I'm not going to see him/her tonight, because we are both bound to get a heart attack. I will say hello tomorrow. I fall asleep cuddling Pablo and my wallet, resting my head on a swiss army knife. I wake up at dawn - the view is something else. Not a soul around, I take a few pictures and feel like the king of life.'
photos

Sroda, Pekin, wczesne popoludnie. Razem z Agnieszka i Karolina siedzimy w stolowce studenckiej. Spotkalismy sie dwa dni temu, a rozmawiamy jak starzy, dobrzy znajomi. W podrozy tak to jakos dziala, wszystko jest szybsze i intensywniejsze, albo sie lubimy, albo nie, nie ma czasu na polcienie. Przedwczoraj bylismy na karaoke z Chinczykami poznanymi o drugiej w nocy w malym barze. Wczoraj zwiedzalismy pekinski ogrod, jedlismy pekinska kapuste i ogladalismy rozne (ale nie pekinskie) filmy. A dzis? Dzis sie rozstaniemy. Agnieszka pisze mi instrukcje po polsku i chinsku, obok siebie zebym wiedzial co pokazywac.
"Czy mozna zostawic bagaz na cala noc?" i odpowiedz tak/nie - pani na dworcu ma pokazac palcem.
Dalej; stacja metra Dongzhimen, autobus 916 do Huairou, taksowka do wioski Jinshanglin, a stamtad powinno byc juz blisko. Rano 4 godziny marszu do Simaitai i z powrotem do Pekinu. Proste.
Dziewczyny odprowadzaja mnie do metra. Stacja kolejowa, przechowalnia bagazu (pani pokazuje "tak"), Dongzhimen, autobus 916, samochod do wioski. Cos sie nie zgadza. Pan mi probuje tlumaczyc, ze sa dwie mozliwosci, a jak mowie o tym Simaitai to nikt nic nie wie. Dlugo jezdzimy szukajac kogos, kto mowi po angielsku, bezskutecznie. W koncu pokazuje ze chce tam spac. Najpierw patrzy sie jak na wariata, ale stwierdza, ze w takim razie, to musi byc ten Mur po prawej stronie. Jedziemy w prawa strone. No i rzeczywiscie go widac, tylko jakos daleko i wysyko. W koncu dojezdzamy, pan pokazuje, ze stad juz na piechote. Ladne kwiatki, jest osiemnasta, a ten mur to sie wydaje na szczycie wielkiej gory na koncu swiata. U podnoza pytam sie czy w lewo czy w prawo, pokazuja ze w prawo, ale krzycza ze juz za pozno. Pokazuje wojskowe spodnie-machaja reka. Panie proponuja tez kupno wody. Dziekuje, tu jest drozej niz na dole, a ja mam w plecaku trzy butelki.
Po pol godziny potu i zadyszki dochodze do konca szlaku. No ladnie, ja tu umieram, a to zla droga byla. Na dole odchodzila taka mala sciezka z choragiewkami, ale wygladala jakos niepowaznie. W dol, entuzjazm spada o jakies 50%. Szlak z choragiewkami i znowu pod gore. Po pietnastu minutach pokladam sie ze zmeczenia i koncze pierwsza butelke wody. Nie jest dobrze, zmierzcha, wody mam raczej za malo, a sil to juz nie mam w ogole. Dwie noce z rzedu spalem po 4-5 godzin, duzo za malo jak dla mnie. To przeciez mialo byc blisko, a ja sie wspinam na Kilimandzaro jakies! Ale ale, jestem swierzo po filmie "Into the wild", a w plecaku krople do magicznego zamieniania wody ze strumykow w wode pitna. Tylko strumykow brakuje, no ale przeciez z gor zawsze splywaja. Dalej pod gore, pot leje sie ciurkiem, co kilka krokow przystaje, pieronsko stromo. Czesto ide na czterech konczynach, bardziej przypomina to wspinaczke niz spacer. Mijam kilka kamienistych miejsc ktore niewatpliwie bywaja czasem strumieniami. Nie tym razem niestety, dawno nie padalo. Racjonowanie wody. A sil zupelnie brak, moze przonocowac tu? Niewiele jest miejsc wystarczajaco plaskich, ale zdarzaja sie. Mam Karimate i spiwor, mam tez stracha. Najpierw to taki strach jak dziecka przed ciemnoscia, niesprecyzowany ale bardzo prawdziwy. A pozniej juz konkretniejsze mysli... Czy tu sa tygrysy? nie no, tygrysow chyba nie ma, za zimno w zimie. No dobra, a moze weze? Hmm, zadnego nie widzialem, ale... Robi sie co raz ciemniej, a ja jestem co raz slabszy. To nie jest niebezpieczna sytuacja, zejscie w dol zajeloby mi mniej niz godzine, a tam woda, dach, ludzie. Mimo to strach jak najbardziej realny. Po jakies dwoch godzinach dochodze do dziwnego rozstaju drog. Nie wiem gdzie jestem bo wszedzie drzewa i tego muru calego juz od dawna nie widze. A wiec w lewo normalna droga, ale strzalki pokazuja w prawo. Jakos ufam tym strzalka wiec... Czolowka na glowe (juz naprawde zmierzcha) i schodze piec minut w dol za strzalkami. A tam... jaskinia! Normalnie bym sie ucieszyl, ale na moj obecny, niezbyt brawurowy stan psychiczny to dosc sporo. Z drugiej strony w jaskini moze byc woda no i mozna spac. To ludzie juz dawno temu wymyslili. Wchodze w glab kilka minut, w okol mnie przelatuja nietoperze, a wody brak. Kapie cos, ale nic powaznego. Nie, spanie w jaskini to chyba za duzo, wracam do tej sciezki. Ciemno zupelnie ale po dwudziestu minutach jakies cegly wylaniaja sie z lasu. Czy to to? To! Wchodze na Chinski Mur! W okol ciemno, widac tylko swiatla wioski ponizej i nikogo oprocz mnie. Moj maly szczyt swiata. Chodze troche szukajac odpowiedniej wiezy. Potrzeba zeby byl dach w razie deszczu (malo prawdopodobnego) no i zeby te tygrysy nie mogly wejsc. Trzecia z koleji sie nadaje. Rozbijam oboz, czyli karimate i spiwor. Radosc, prawdziwa radosc z odrobina leku dla wzmocnienia wrazen. Zdjecia i do "lozka". Zasluzylem sobie.

Powielanie-remedium na samotnosc
Po jakiejs godzinie zaczyna grzmiec. Nie pada, burza jest gdzies daleko, ale te blyski nie ulatwiaja zasniecia. Przenosze sie na dol. Zasypiam przytulony do Pabla. W nocy slysze jakies szelesty. Najpierw nie wiem o co chodzi, ale po pewnym czasie jestem juz praktycznie pewien. Ktos tu przyszedl spac tak jak ja, brzmi to jak spiwor, karimata czy cos. Nie bede do niego szedl dzisiaj, bo tylko oboje dostaniemy zawalu serca. Przywitam sie jutro. Zasypiam przytulony do Pabla i portfela, ze scyzorykiem pod glowa. Budze sie o swicie. Widok nieziemski. Nie spotykam nikogo, robie zdjecia i czuje sie krolem zycia.

Pokoj z widokiem
Tylko ta woda. Decyzja- w dol ta sama droga, nie bede kombinowal nic juz z Simaitai. Wizyta w Jaskini, wchodze glebiej. Wody nie ma, zbieram te co kapie przez jakis czas. Lepsze niz nic.

U wejscia do jaskini
Dalej walka w dol, nie jest duzo latwiej niz pod gore, ale teraz przynajmniej sie wyspalem. Na przedwioszczu (przedmiesciach wioski?) znajduje studnie. Prysznic i picie. Sukces, mieszkancy usmiechaja sie na moj widok. Samochodem w dol, autobus 916, stacja metra, pociag nocny do Szanghaju. Jednego dnia budze sie na szczycie gory na murze Chinskim, a nastepnego 1200 km dalej w Szanghaju. Zycie!
zdjecios

ps. Film "Into the Wild" jest niesamowity. Po polsku to chyba "Wszystko za zycie". Polecam kazdemu.

niedziela, 1 czerwca 2008

Kontrasty

(On sightseeing in Shanghai)

[...] I ask this guy if he knew of any bookstore around. He’s giving it a thought for a moment. Oh, yes I know one, really really close, follow me, come on! I’m slightly concerned about his excitement but oh well. Two minutes later we’re in his outlet: purses, watches, sunglasses. This isn’t a bookstore, is it... ‘Oh, but now that you’re here, at least you could have a quick look around.’
Wiem, ze dlugie, ale sam potrzebowalem to napisac. Mozna czytac w odcinkach bo pewnie troche potrwa zanim cos znowu napisze.
Budze sie pod koldra w czystym, szescioosobowym pokoju w hostelu w Szanghaju. Hostel jak ten w Nowej Zelandii czy Argentynie z ta moze roznica, ze w salonie wisi duza czerwona flaga z kilkoma zoltymi gwiazdkami. Na sniadanie arbuz i do metra. Wejscie bardzo blisko, a w srodku czysto, przyjemnie, nowoczesnie. Pierwsza linia powstala tu w 1995, druga w 1999. Teraz jest osiem, a cztery kolejne w budowie. Wszystkie napisy po chinsku i angielsku. Pierwsza linia metra w Warszawie tez powstala w 1995 roku... Dokladnie wyznaczone gdzie pasazerowie maja czekac, ktoredy maja wychodzic wysiadajacy. Gdy pociag podjezdza i podwojne drzwi sie otwieraja, zaczyna sie wojna. Nie ma mowy o ustepowaniu komus miejsca, walka o siedzenie lokciami i kolanami, starsi, mlodsi, kobiety, mezczyzni. Wysiadajacy nie maja lekko przepychajac sie przez ten tlum. W srodku glosno, czasem podobno bardzo tloczno (dziennie tym metrem porusza sie okolo 3 milionow ludzi), ale tego nie doswiadczam. W godzinach szczytu jeszcze smacznie spalem. I tak jest lepiej niz samochodem. Na ulicach wojna taka, ze Warszawa wydaje sie byc oaza spokojnych, zrelaksowanych kierowcow. Mysle, ze gorzej niz w Gwatemali, wiecej czystej, bezcelowej agresji.
Wysiadam na Placu Ludowym. Na stacji pelno sklepow, cos jak Kupieckie Domy Towarowe centrum (slynne KDT pod palacem). Plac w konstrukcji, wokol pelno smieci, bezrobotni zbieraja plastikowe butelki ze smietnikow, ludzie pluja i odchrzakuja (tak sie chyba kulturalnie okresla owa nieprzyjemna czynnosc) na ulicy, a to wszystko w otoczeniu najwyzszych drapaczy chmur swiata. Ide do miejskiego muzeum. Godzina w kolejce. Ostatni raz kiedy stalem tyle w kolejce do muzeum? Nigdy. Jest niedziela i wstep darmowy, ale mimo wszystko. Z nudow robie zdjecia ludziom dookola. Ochrona przyglada mi sie czujnie, a gdy chcialem zrobic zdjecie im... duza awantura.
Chiny to najstarsza "ciagla" cywilizacja swiata. Tak sie chyba okresla, ze politycznie trwa nieprzerwanie od dawna (jakis XVII w p.n.e.) do dzis. Na pocieszenie jest tez mala wystawa o antycznej kulturze greckiej, ale chinska prezentuje sie jakos dojrzalej. Tabliczki informacyjne nie pomijaja tego faktu, opisy zacyznaja sie np. od "Chiny, nasz wspanialy i wielki kraj..." itp, itd. Z muzeum wychodze na plac. Tam zaczepiaja mnie mlodzi ludzie mowiacy po angielsku. You are very tall, you like basketball? (jestes bardzo wysoki (?!), lubisz koszykowke?). Potem skad jestem, a ze super ciekawie, a co robie, a oni sa studentami, a gdzie ide, a oni znaja takie fajne miejsce. Czytalem o tym w hostelu. To moze byc galeria, restauracja i kto wie co jeszcze. Wazne, ze jak z nimi pojde do wydam duzo wiecej pieniedzy nizbym mial ochote. Podobnie jak w Gwatemalii, Boliwii, Kubie i wielu innych miejscach. Tyle, ze to nie byly najstarsze "ciagle" cywilizacje, najpotezniejsze narody swiata. Ruszam dalej, gdzies w poblizu ma byc miedzynarodowa ksiegarnia. Po drodze co chwile ktos probuje sprzedac mi torebki Gucciego, Rolexy, Ray Bany itp. Mowie jednemu panu, ze nie potrzebuje, ale czy przypadkiem nie moglby mi powiedziec gdzie jet ksiegarnia. Chwila zastanowienia. Tak, wiem, bardzo blisko, chodz chodz! Ten jego zapal troche mnie zastanawia no ale. Po dwoch minutach ladujemy w jego sklepie z trebkami, zegarkami i okularami. To nie jest ksiegarnia. "No ale jak juz jestes, to sie rozejrzyj chociaz".
Ksiegarnie znajduje sam. Ide do dzialu przewodnikow i zaczynam poszukiwania. Przewodniki wszystkich krajow swiata chyba, bardzo duzy wybor. Sa tez przewodniki po Chinach, ale nie ma najpopularniejszego-Lonley Planet (LP). Pani sprzedawczyni pyta, czy moze pomoc.
-Tak, jest LP China?
-Nie ma, ale sa inne, o tu, prosze spojrzec.
- no tak, ale czemu jest LP wszystkich krajow swiata z wyjatkiem Chin?
-eee, nie wiem w sumie, juz bardzo dlugo go nie ma, co najmniej od roku.
-Slyszalem, ze sa nielegalne bo nie uwzglednia Taiwanu jako czesci Chin, czy to prawda?
duuze zmieszanie i jakana odpowiedz
- to jest... polityczne... pytanie...
ucieczka
W tym samym momencie podchodzi inny sprzedawca, zgaduje, ze starszy ranga.
-Czego pan szuka? a, LP China, no skonczyly nam sie niedawno, ale mamy inne, krajowe, bardzo dobre.
Z tym panem to chyba byloby nawet niebezpiecznie wdawac sie w rozmowe o Taiwanie. Wyjscia z tej ksiegarni pilnuja policjanci, nie ochrona tylko policjanci. Kupilem Jadro Ciemnosci J. Conrada. Tez pewnego rodzaju przewodnik, a do tego lekki (w sensie wagi, nie tresci).
Dalej ide nad Bund, europejska (tudziez ogolniej, zachodnia) dzielnice nad rzeka. Z Bundu ogladam Pudong- biznesowa dzielnice drapaczy chmur. Wyglada bardziej imponujaco niz Nowy York czy Tokio, nie mam teraz jak wrzucic zdjec, ale prosze mi wierzyc, albo poszukac Pudong w internecie. Wczesniej jak patrzylem na taki rzeczy to bylem zazdrosny i zalowalem, ze Polska tak nie ma. Ale to troche otwiera oczy. Shanghai to miasto-reklamowka. Zrobione na pokaz. Wszystko tu wyglada swietnie, ale bardzo sztucznie zarazem. Widac to niestety po ludziach. Nie bylem nigdzie w glebi kraju, ale tam podobno widac to jeszcze bardziej. Nie mam na mysli, ze ludzie sa gorsi, czy prymitywni. Sa Chinscy, Shanghai za to aspiruje by byc europejski, zachodni. Wellington (Stolica Nowej Zelandii) nie ma zadnych drapaczy chmur, a jest bardzo nowoczesne i imponujace. Chinczykow na pewno denerwowalo, ze ich gospodarczo najpotezniejszym miastem byl Hong Kong, byla kolonia brytyjska. Shanghai ma to zmienic, a zmiana odbywa sie bardzo szybko. Ludzi tak szybko zmienic sie nie da, moze sprobuja ich schowac, tak jak zamykaja wstep do Tybetu na czas olimpiady.
Wieczorem poszedlem na maly streetfood, uliczny stragan z jedzeniem. Szaszlyki zjadlem ze smakiem i przyszla pora zaplaty. Ile? dwa razy tyle co powinno byc. Mowie ze to zarty, mowia ze takie zycie. Chodzi tu o 18 zl zamiast 9, ale mimo wszystko. To jak ciastka dawno temu w Peru.