Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwatemala. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwatemala. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 stycznia 2008

Guate-Pana 14.39

Jestem w Antigle, juz po raz trzeci. Wczoraj tu przyjechalem, dzis pranie, a jutro wylatuje z Guatemala City La Aurora international airport do Panama City. W tym miejscu mozna przytoczyc spostrzezenie Idana.
Latwo nauczyc sie stolic okolicznych krajow. Guatemala-Guatemala City, Mexico-Mexico City, Panama-Panama City, Belize-Belize City, New York, New York city...
W sobote skonczylem kurs hiszpanskiego z Rafaelem. Rafael jest Majem Tzu´Tu´jil, alkoholikiem (nie pije od 7 miesiecy) i dyrektorem San Pedro Spanish School. Jest rowniez bardzo sympatycznym nauczycielem.

Powiedzial zebym zglosil sie na recepcje w sprawie dyplomu. Pan na recepcji spytal sie, jak mam dokladnie na imie. Mowie, ze Brad Pitt. Pyta sie, dlaczego zatem mowia na mnie Francisco? Odpowiadam, ze to taki pseudonim. No i dostalem dyplom. Brad Pitt ukonczyl kurs hiszpanskiego na poziomie intermedio (?!) w San Pedro spanish School.

Graduacion de Brad Pitt
W niedziele poszedlem na wyprawe na szczyt gory Mayan Face. Kondycja juz nie ta co kiedys... Bylem tam pierwszym Polakiem w tym roku, ale nie tak dawno temu, bo 22 grudnia, byli tu panstwo Monika i Miroslaw. Kliknij tutaj jesli chcesz poznac okolice San Pedro i jeziora Atitlan w obiektywie ekspedycji Pablo Francisco.

W poniedzialek rano przeprawa lodzia do Panajachel, a stamtad bus do Antigly. Tutaj spotkalem sie z Idanem i Jamiem , ktorych pozegnalem (myslalem, ze juz na dobre) w Puerto Barrios dwa tygodnie temu. Przyjechali z Belize, bo Idan zostawil tam Kobiego- swoje multimedialne urzadzenie ze wszystkimi zdjeciami. Dzis mamy zatem uroczyste pozegnalne spagetti, a jutro kazdy rusza w swoja strone. Pora sprawdzic czy kanal Panamski to nie jakis mit i czy wiezienie ¨Sona¨(gdzie rozgrywa sie akcja trzeciej serii serialu Prison Break) rzeczywiscie tam jest. Do napisania/przeczytania z pomiedzy Ameryk.

ps. Tesknie za sniegiem.

czwartek, 10 stycznia 2008

Gwatemala zasadniczo pobieznie

W San Pedro proza podrozniczego zycia. Lekcje, prace domowe, jezioro, filmy. Nic szczegolnego. Zainspirowany pytaniem Pani Krystyny (tudziez Krystyny po prostu, nie wiem na ile relacje elektroniczne pozwalaja przechodzic na ty) postanowilem napisac nieco bardziej o Gwatemali.
Ja jestem niestety ignorantem i musze sie przyznac, ze zanim tu przyjechalem, o Gwatemali (jak zreszta o wiekszosci krajow Ameryki Centralnej) nie wiedzialem praktycznie nic (shame on you Franek!). Wiele osob czytajacych tego bloga ma zapewnie duzo wieksze o niej pojecie, ale chyba nie wszyscy. O historii czy wielkosci produkcji kukurydzy mozna przeczytac w ksiazkach, na stronie MSZu, CIA (tak tak, CIA to nie tylko super zepsuci szpiedzy), no i oczywiscie w niesmiertelnej Wikipedii. Ja napisze troche o tym, jaka Gwatemala jest dla mnie i jak wygladaja realia podrozowania po niej. Doswiadczonych Gwatemalskich podroznikow przepraszam, jesli cos ich tutaj razi, ale to jest Gwatemala bardzo subiektywna.

Gwatemala, Subiektywnie , jest:

1. Piekna. Nie ma co o tym dyskutowac. Peru, czy pare innych krajow, jest podobno piekniejsze ale to wcale nie znaczy, ze Gwatemala nie jest. Jest tu masa wulkanow, ktore wylaniaja sie z nikad i siegaja wysokich chmur. Sa jeziora, wodospady, cieple zrodla, jaskinie, morze, ocean (mozna surfowac nad pacyfikiem podobno), dzungle, lasy, chaszcze, miasta, miasteczka, wsie, majowie (20-kilka roznych grup), Garifuna i pelno miejsc, ktore kulturowo nie maja ze soba praktycznie nic wspolnego, a laczy je to, ze sie nazywaja Gwatemala.

2. Tania. Moj prywatny kurs hiszpanskiego na tydzien, 3h dziennie kosztowal 100 zl. Ogolnie dzienny budzet mozna zamknac bez zadnego problemu w 60 zl, a z niewielkim problemem pewnie i w 30 lub mniej. Wazne jest wtedy, zeby miec kuchnie, bo jedzenie pochlania najwiecej Quetzales. Zakwaterownie na dzien kosztuje czesto tyle co Hamburger (tudziez 2 piwa). Z tanioscia zwiazany jest fakt niskiego dochodu. Zarowno dla ludzi lokalnych jak i turystow. Ludzie ktorych poznalem np. w Lanquin pracuja w hostelu 8-10 h dziennie i po roku udaje im sie zaoszczedzic maksymalnie $1000. Tylko dlatego, ze zakwaterowanie i wyzywienie maja za darmo. Pracowac zatem mozna, ale trzeba bardzo lubic te prace i to miejsce. Slyszalem np. w mojej szkole, ze jakis czas temu pracowala u nich studentka socjologii z Polski! Ja uwazam, ze lepiej popracowac gdzies indziej jezeli chce sie zaoszczedzic pieniadze, a pozniej przyjezdzac tutaj i ew. pracowac za zakwaterowanie (ktore kosztuje od 2 do 4 dolarow). Lokalni ludzie nie maja pieniedzy, wiec nie zaplaca wiele za kursy jezykow. Na ulicach mozna sprzedawac koraliki, ale konkuruje sie z dziesiatkami gwatemalczykow.

3.Transportowo ciekawa. To podobno dopiero preludium przed Ameryka Poludniowa, ale na mnie robi olbrzymie wrazenie. Podrozuje sie Chicken busami (o tym juz pisalem), Colectivo (to wlasnie np Toyoty Hiace z 30 osobami na pokladzie jadace po kretych, wyboistych drogach), autostopem, czy tez Luksusowymi busami. Te dwa ostatnie srodki lokomocji prowadza nas do nastepnego punktu.

4. Nie-az-tak-bezpieczna. Czytajac ksiazki sprzed kilku (doslownie) lat, dowiemy sie ze jest tu dosc przerazajaco. Na szlakach turystycznych, drogach i w miastach gangi z bronia (maczety/pistolety) napadaja ludzi, okradaja, gwalca, a czasem i zabijaja. Nie wiem na ile rzeczywiscie tak bylo, ale teraz jest duuuzo lepiej. Od kilku lat funkcjonuje to Policja Turystyczna. Jest dobrze dofinansowana, uzbrojona i co raz wieksza (wiecej oficerow, a nie np. ze oficerowie tyja i sa co raz wieksi). Napadow jest mniej, ale sie zdazaja. Sam poznalem juz trzy osoby ktore zostaly na drodze w bialy dzien zatrzymane i okradzione. Nikomu nic sie nie stalo, ale rzeczy nie ma. W hostelach kradzieze rowniez sie zdarzaja, ale to niestety robia bardzo czesto sami podroznicy. Boli chyba jeszcze bardziej. Z tych wlasnie wzgledow dobrze jest podrozowac wraz z ludzmi lokalnymi, czyli np. unikac autokarow pierwszej klasy. Co do autostopu znam tylko kilka osob, ktore sie odwazylo, samotnie. Wszyscy maja swietne wspomnienia. Podsumowujac, chodzac po ulicach wiekszosci miast czulem sie bezpiecznie tudziez bardzo bezpiecznie. Wyjatkiem jest niewatpliwie Guatemala City.

5.Latwa do podrozowania. Pod warunkiem, ze sie czlowiek nie spieszy. Backpackersow jest tu pelno. Bardzo ulatwia to podroze, zwlaszcza samotne, bo w rzeczywistosci nigdy nie jest sie samemu. To bardziej ogolne bedzie, ale jezeli ktokolwiek sie waha czy wyjechac w taka podroz samemu, niech wahac sie przestanie. Mysle ze ponad polowa osob, ktore tu spotykam wyruszyla ze swoich krajow w pojedynke, a teraz podrozuja w parach, trojkach, czworkach itd. Poznac kogos jest bardzo latwo. Backpackersi sa bardzo rozni, takze kazdy znajdzie kogos, z kim bedzie sie dobrze dogadywal. Od hippisow, przez zapalonych wspinaczy gorskich do milosnikow folkloru ludowego. Warunek jest taki, ze trzeba mowic troche po angielsku. (troche, ale nie koniecznie bardzo dobrze).


6. W wielu miejscach dzika i nieodkryta
To jest jej olbrzymi urok. W takich miejscach, gdzie w kazdym europejskim kraju bylby hotel na hotelu, tu czasem trudno jest znalezc maly sklepik. Mozna w pelni delektowac sie natura i realizowac swoje eksploracyjne zapedy. Trzeba sie tylko pospieszyc.

7.Ciepla, ale nie za goraca, przynajmniej w tym okresie (ktory oni nazywaja latem. Zima rozni sie tym, ze duzo pada)

8.Inspirujaca. Bo rozne kultury ktore sie tu spotykaja tworza bardzo ciekawa mieszanke. Rowniez calkiem niedawno (w 1996) skonczyla sie tu 36 letnia wojna. No i Majowie (oczywiscie nie tylko na terenie obecnej Gwatemalii) sa niesamowici.

9.Irytujaca. Zwlaszcza jesli chodzi o pieniadze, ale nie tylko. Oprocz supermarketow bardzo rzadko jest cos takiego jak metka na towarze. Od turystow kazdy chce wiecej (czesto duuuzo wiecej, ceny nie z tej ziemi), o wszystko trzeba sie targowac. Ponadto czas plynie tu bardzo nielinearnie i nie rowno dla wszystkich, a przestrzen mozna naginac (tu wracamy do tematu transportu wszelkiej masci).

10. Polozona pomiedzy innymi bardzo ciekawymi i tanimi krajami. Tak, tak, jak juz sie tu jest to na pewno warto odwiedzic Salwador, Honduras, Nikarague (podobno lokalny szczyt taniosci, a zarazem bardzo ciekawa), Meksyk, Belize i inne. Znam wiele osob, ktore tyle czasu co ja mam na okrazenie swiata, poswiecili na podroz po Ameryce Centralnej. Wcale sie nie nudzili, a jest to bardzo tanie. Naprawde bardzo. 3 miesiace pracy w Irlandii czy Anglii i mysle ze mozna tu z palcem w nosie spedzic pol roku (wliczajac bilet). To skierowane dla tych, ktorzy mysla, ze na takie podroze nigdy nie bedzie ich stac.

Na razie chyba tyle. Jak ktos ma jakies pytania, sugestie czy sprostowania to prosze pisac bez wahania. Mamo popraw mi prosze bledy ortograficzne! Ide odrobic prace domowa.
Z specjalnymi pozdrowieniami dla Krystyny J.

sobota, 5 stycznia 2008

San Pedro

Wiekszosc tego posta napisalem wczoraj, ale po calym dniu porywistych wiatrow bylo male trzesienie ziemi co skutecznie powstrzymalo dzialanie internetu.
Bus ktory mial wtedy przyjechac nie przyjechal. Zepsul sie gdzies po drodze. Nikt nie przyszedl nam o tym powiedziec czy cos. A noz bysmy sobie pojechali i zwrot pieniedzy nie bylby konieczny. Za kare oplacili nam noc w hostelu.Nastepnego dnia przyjechal, ale inny-czerwony zamiast bialego. Nie wybrzydzalismy. W autobusie poznalismy Johnego. Z bolem serca stwierdzam, ze spedzilem z nim tylko kilka godzin, wrocil do Antiguy nastepnego dnia. A teraz garsc informacji o Johnym (Johnatanie), ktore udalo sie zdobyc w jakze krotkim czasie wspolnej podrozy do San Pedro.
Janek ma 24 lata, 195 cm wzrostu i wazy ok 100kg. Mieszka na przedmiasciach Orlando, na Florydzie. Obecnie jest stewardem/stewardesem (meska stewardesa, nie wiem jak sie odmienia). Zanim jednak zostal stewardem byl instruktorem canoeingu, ratownikiem medycznym w karetce, instruktorem sztuk walki i strazakiem. Pierwszy raz wyjechal z kraju w wieku 23 lat, do Belize. Poznal tam dziewczyne, ktora podrozowala po swiecie. Zapytal sie jak moze sobie na to pozwolic, odpowiedziala ze jest stewardesa. Pol roku pozniej John byl Stewardem. Do Gwatemali przyjechal na 4 dni, z malym plecaczkiem. John wierzy w koniec swiata w 2012 roku, choroby leczy swiezymi owocami, kocha dzungle i nie pamieta praktycznie nic sprzed czasu kiedy skonczyl 16 lat. W tym wieku poszedl do collegu (administracja w biznesie), wczesniej uczyl sie w domu. Wiekszosci od mamy, ale jesli chodzi o matematyke to przychodzil sasiad. W piatki wraz z innymi dziecmi, ktore uczyly sie w domu, gral w parku w pilke. W wieku 22 lat wyprowadzil sie od rodzicow. Robi sobie sam kefir, mieszkal przez pol roku bez lodowki (z wyboru, jadl tylko swieze rzeczy, kupione danego dnia), nie oglada filmow (zeby nie wspierac grup, ktorych nie chce wspierac bo nie zgadza sie z ich polityka). Poszlismy razem na kolacje.
F: John, czego sie napijesz, masz ochote na piwo?
J: Hm, piwo… nigdy nie pilem.
F: ?!
J: Od tego robi sie cieplej, tak?
F: Eee, no robi sie, chyba. Ale jak to nie piles?
J: No jakos nigdy nie probowalem, ale chyba bym chcial teraz.
F: Ale piles jakis alkohol w zyciu?
J: Probowalem kiedys wino. I lyka jakiego drinka... chyba margarity. Ale nie smakowalo mi. Piwo smakuje lepiej od wina?
F: No nie mam pewnosci szczerze mowiac. Na pewno chcesz sprobowac...?
J: Tak, czemu nie, jest dosc zimno.

Przez kolejne dziesiec minut kazalem mu przysiegac, ze mowil prawde. Przysiegal. Pytam sie, czy to kwestia religii, czy jego rodzice sa bardzo wierzacy. John mowi, ze w sumie chyba sa, ale on nie jest, nie bardzo mu sie podoba idea religii i wspolnot opartych na tej plaszczyznie. W koncu probuje piwa i od razu krzywi sie jak male dziecko. Popija wielkim lykiem wody mineralnej. Mowie, ze jak nie chce to nie musi pic tego piwa, ale steward chce. Pyta sie, czy moze po prostu wypic duszkiem, zeby nie czuc smaku. Chyba moze. Wiec pije, krzywi sie strasznie i od razu popija woda mineralna. Chyba nie predko napije sie znowu piwa.

John przy piwie. Duze podobienstwo do niejakiego Donnie Darko

Spie nad jeziorem Atittlan. Przez ostatnie 3 dni praktycznie nie bylo tu pradu z powodu wiatrow. No i jeszcze wczorajsze trzesienie ziemii. Rano plywam (woda zimna pieronsko jak mowi tata), pozniej robie prace domowa, a od 14 do 17 mam lekcje hiszpanskiego z Rafaelem. O San Pedro napisze wiecej, ale to nastepnym razem.
Natalia ma dzis urodziny, wiec z tego bloga zycze jej wszystkiego najlepszego!!! Niech wszyscy wiedza, a co tam. Chyba jest w tej chwili w samolocie do Niemiec, bo ma wylaczony telefon.



Panorama z tarasu (panoramicznosc tej panoramy jest na miare moich mozliwosci)

środa, 2 stycznia 2008

Antigua przejazdem

Jestem z powrotem w Antigle. Tylko przejazdem. Dotarlismy tu wczoraj, a juz za 2 godziny jedziemy do San Pedro. Nadchodzi czas nauki-nad jeziorem Atitlan sa najtansze kursy jezykowe w Gwatemali. A jezyk w Livingston nazywal sie Garifuna, nie Garfinkel...
Sylwester bardzo udany. Mimo gwatemalskich problemow komunikacyjnych udalo sie dojechac wielu znajomym. Byla trojka izraelczykow. Byl International Team, czyli Anna Marie, Lash i Jamie (ktory zgubil sie wczesniej w dzungli z dwiema kanadyjkami, ale dojechal 31ego). Bylo tez trzech dunczykow i jeszcze kilka spotkanych wczesniej osob. Zabawa w rytmach kultury Garinagu.



Nastepnego dni, ku zdziwieniu chyba wszystkich, udalo nam sie wstac (tudziez nie polozyc) o 6 i byc na lodce colectivo ok 7. So fresh and so clean...

30 minut do Puerto Barrios, a tam rozstania nadszedl czas. Jedni do Belize, inni do Hondurasu, Guatemali czy Antigly. Co przezylismy to nasze.


Pozniej podroz jakby w innym kraju. Czeka na nas luksusowy bus. Klimatyzacja, miekkie fotele i hamburger na pokladzie. To nie zdaza sie tu czesto, zwlaszcza ze cena nie byla zbyt wygorowana (18 zl zamiast 12). Dojezdzamy do Guatemala city, a stamtad chicken bus. Komfort drastycznie mniejszy, ale to tylko 1,5 godziny. Chicken bus to najpopularniejszy srodek transportu gwatemalskiego. Stare amerykaskie busy ktore dowozily dzieci do szkol. Takie jak np. na Forescie Gumpie. Nazwa pochodzi od tego, ze wielu podrozujacych wozi ze soba kurczaki. Na siedzeniach przeznaczonych dla dwojga nastolatkow siedza 3 dorosle osoby. Ludzie wchodza i wychodza, sprzedaja, spiewaja, nawracaja i zabawiaja. Predkosc przelotowa okolo 30 km/h chyba, ze przez zupelnie nie zamieszkane tereny. Ale Gwatemalczycy lubia turystow, ktorzy jezdza razem z nimi. Czynnik integrujacy. Tak dotarlismy do Antigly. Wieczorem film ´Blood Diamond´w Cafe 2000 (polecam film podobnie jak i Cafe 2000). Pozniej upragniony i ostatnio zaniedbywany sen. Teraz ide sie spakowac i w droge.

Wiecej zdjec z tego okresu tutaj

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Prospero Ano nuevo

W Livingston poludnie. Swieci slonce, idziemy na plaze (ktora co prawda jest dosc paskudna). W Polsce juz 19 i pewnie jakies 25 stopni mniej.
Zycze wszystkim Szczesliwego nowego roku! spelnienia marzen, zwlaszcza tych podrozniczych. To naprawde nie jest az tak trudne!
Do napisania-przeczytania w przyszlym roku.

niedziela, 30 grudnia 2007

Livingston

Jestem w Livingston, karaibskim porcie przy wylocie slodkiej rzeki (Rio Dulce).
Podroz z Antiguy do Rio Dulce (miejscowosc nad rzeka o tej samej nazwie) trwala 6 godzin. Oplacona w agencji podrozy w antiguanskim central parku. Najpierw o 5 przyjezdza po nas bus, pod sam hostel! Jedziemy godzine do Guatemala City. Tam konczy sie wzgledny luksus Toyoty Hiace (tym razem nie przepelnionej). Wsiadamy do autokaru. Low budget, turystow oprocz nas sztuk jeden (jak sie pozniej okazalo holenderski Zyd, mieszka teraz z nami). Wchodze do konca autokaru, ale siedzenia wolnego nie widac. Wtedy pan kierowca wyjmuje z autokarowej toalety plastikowy taborecik i juz, miejsce sie znalazlo! Miedzy siedzeniami. 5 godzin. To i tak luksus, ludzie ktorzy wsiadali pozniej musieli stac w korytarzu autokarowym po dwie osoby obok siebie. Kolejne gwatemalskie doswiadczenie transportowe. W Rio Dulce autokar staje przy porcie gdzie przesiadamy lodke, ktora zabiera nas do hostelu el Pereico. W odnodze rzeki, dzungla, canoe i ten klimat. Tam spedzilismy jeden dzien, wycieczka do wodospadow z cieplymi zrodlami i dalej w droge. Godzine lodka w dol rzeki i docieramy do Livingston. Livingston ma kulturowa bardzo malo wspolnego z Gwatemala. To port do ktorego mozna dotrzec tylko rzeka lub morzem, drog na zewnatrz brak. Zamieszkuje go glownie ludnosc Murzynska, potomkowie zbuntowanych niewolnikow, rozbitkow i innych. Mowia w jezyku ktory laczy hiszpanski, angielski i jeszcze ich wlasny, trzeci. ( chyba nazywa sie Garfinkel, ale musze sie upewnic). Kultura najbardziej zblizona chyba do Jamajskiej. W tym roku raczej stad nie wyjedziemy.
Ogolnie te miejsca sa dla mnie trudne do opisania, nie mneij nie mozna odmowic im uroku. W tej chwili nie moge umiescic zdjec, ale zrobie to jak najszybciej i juz Rio Dulce nie bedzie mialo przed Polska tajemnic.

czwartek, 27 grudnia 2007

Swieta...

...swieta i po swietach.
Dwudziestego czwartego rano Revital i Idan stanowczo powiedzieli: ma byc lista zakupow, przepisy i robimy tu prawdziwa wigilie. Liora patrzyla na to wszystko raczej z boku, ale jak trzeba cos bylo pokroic, to sie nie buntowala. Ogolnie sytuacja wygladala tak, ze bylem tu ja, dziesiecioro Izraelczykow, kot i krolik. Kot i krolik nie mieli nic do gadania az do polnocy, ale Izraelczycy swiat byli naprawde ciekawi. Znaja je tylko z amerykanskich filmow... Nie mialem wyboru i ruszylem do internetu. Kolejki sakramenckie , bo wiekszosc punktow zamknieta. Udalo sie tylko dlatego, ze musialo sie udac. Przepis na barszcz, pierogi z kapusta i grzybami i kilka rodzajow sledzi zapisane w notatniku. Jak im zaczynam tlumaczyc, to sie krzywo patrza. Zupa z burakow? Fu! Ale nie, ktos ma korzenie rosyjskie i mowi ze borshch (barszcz) jest super! Pierogi? Podejrzane jakies, ale sprobujemy. Sledz-zobaczymy. Trudno mi ich przekonac, bo sam nigdy nic na wigilie nie gotowalem. Samemu balbym sie zjesc pierogi, ktore zrobilem, a teraz mielismy je przyrzadzac dla 11 osob... Wtedy przbywa kawaleria! Trzyosobowa grupa- Australijka, Szwed i Irlandczyk.
Australijka ma babcie Polke. Jak sie dowiedziala, ze beda pierogi to skakala z radosci. Pozniej napisze babci, ze spedzala gwatemalska gwiazdke z Polakiem. Babcia szczesliwa, bo wnuczka juz drugie swieta z dala od australijsko-polskiej wigili. Oni przygotuja cos od siebie, my od siebie i bedzie 12 potraw (bylo grubo ponad, dopiero dzis skonczylismy wszystko jesc).
Idziemy na mercado (rynek, market, bazar). Wszystko dobrze, tylko sledzia nie ma. Jest rekin, nawet moze by sie nadal, ale Idan tlumaczy, ze rekin nie jest ani troche koszerny. Tego nie przeskoczymy. Grunt, ze byly buraki.

Zaczyna sie operacja gotowanie. Kuchnia malutka, osob 14 (plus kot i krolik)-nie ma lekko. Normalnie zajmuje to kilka dni, nawet jak osob jest duzo mniej. Na szczescie Idan ( byly dowodca czolgu) i Revital (byla psycholog eskadry mysliwcow) wiedza co robia w kuchni. Ja nie, wiec glownie odpowiadam na pytania.

-To co pijemy?
-wino tylko, na swieta sie nie upija.
- Dziwne... ale palic mozemy?
-Co?
-no, ziolo.
-nie
-dziwne...

-A pozniej idziemy na dyskoteke?
-nie, to takie rodzinne swieta, siedzi sie, rozmawia, a o 12 w nocy idzie do kosciola (sam, musze przyznac, ze na pasterce nigdy nie bylem).
-acha... (tego Liora nie mogla zaakceptowac)

-A po kolacji tanczycie wokol choinki?
-slucham?!
-tak mi mowili jacys Dunczycy czy Norwegowie, ze tancza
-nie nie tanczymy wokol choinki (w Australii, Szwecji i Irlandii tez nie tancza).

Z chwila wzejscia pierwszej gwiazdki barszcz nie byl jeszcze nawet czerwony. W koncu, okolo 21, zasiedlismy do stolu. Stolu zdecydowanie nie stworzonego (razem czy osobno) dla 14 osob.

Wytlumaczylem oplatek, sianko i takie rzeczy. Wtedy przychodzi Raul. Raul to gospodarz, gwatemalski Zyd. Trzeba bylo widziec jego mine, jak w swoim hostelu zobaczyl 10 Zydow przy wigilijnym stole.... Ale sie ucieszyl! Jestescie w Gwatemali, tu sie swieta obchodzi. Zjadl barszcz i zyczyl nam wszystkiego dobrego.
Za dwadziescia dwunasta caly Izrael sie niecierpliwi: To kiedy idziemy na te msze? Spoznimy sie! Nie bylo wyboru, ruszamy w strone kosciola. Ale w Gwatemali wszystko wyglada troche inaczej. Tyle fajerwerkow nie ma u nas nawet na sylwestra. Przedarcie sie przez to pole bitwy zajelo nam duzo wiecej czasu. Idan mowi, ze to przypomina troche strefe Gazy... Wigilia.

W kosciele niestety rozczarowanie- pasterki nie ma. Msza byla o 22, a nastepna dopiero jutro w poludnie. No nic, wracamy. Po drodze mijamy irlandzki pub wypelniony po brzegi, z dyskotekowa muzyka w tle. Liora patrzy blagalnie. Nie, nawet Irlandczyk jej to mowi. Ale moj autorytet nieco podupada. Mszy nie ma, a dyskoteka jest. Chyba mam lekko wyidealizowany obraz swiat. Wracamy do stolu, jemy dalej. Polnoc dawno minela, a dwudziestego piatego sa urodziny Jamiego, Irlandczyka. Kolejny powod do swietowania. Swiateczna trzezwosc zostala nadszarpnieta.
Ogolnie bylo milo i naprawde abstrakcyjnie. Pod choinka lezal dla mnie prezent. Czapka, troche slodyczy i pluszowy mis. Nazwywa sie Abraham, zeby nie bylo watpliwosci.
Zdecydowanie wart wspomnienia jest jeszcze jeden fakt. Sladami mojego brata zaproponowalem zabawe. Kazdy mowi trzy najlepsze przygody/osiagniecia/wydarzenia, ktore przydazyly mu sie w minionym roku. Ktos dostal dobra prace, ktos w koncu zdecydowal sie prace rzucic. Dla wiekszosci wyruszenie w podroz bylo numerem jeden. Lash, Szwed powiedzial natomiast, ze udalo mu sie przeszmuglowac z Indii do Szwecji calkiem pewien narkotyk (nazwy nie znam i nie zapamietalem niestety). W ten sposob sfinansowal wieksza czesc swojej podrozy.

wiecej zdjec tutaj

Kupilem dzis bilet lotniczy. 16 stycznia lece do Panamy, a stamtad, 22ego, do Limy. Jutro zas jedziemy do Rio Dulce. Znowu we czworke.

niedziela, 23 grudnia 2007

Feliz Novidad

Wraz z Pablem, prosto spod wulkanu Pacaya, zyczymy wszystkim czytelnikom bloga wszystkiego najlepszego z okazji Swiat!
W Gwatemali zaczely sie dzis wakacje i, jak sie okazuje, nie ulatwia to dostepu do internetu. W San Pedro (o ile uda nam sie tam teraz przejechac, bo to wcale nie takie pewne) ma byc jeszcze trudniej. Dlatego przepraszam wszystkich przyjaciol, kolegow i znajomych, ze nie napisze im osobnych, zindywidualizowanych zyczen swiatecznych. Wychodze jednak z ryzykownego zalozenia, ze wiekszosc z was czyta tego bloga i w zwiaku z tym te zyczenia sa dla was! A w to, ze sa cieple nie ma co powatpiewac, bo w koncu z lawa wulkaniczna w tle...

piątek, 21 grudnia 2007

Antigua, a Lampki na choinke

Jestem w Antigui/le (statui/statule). Lampki na choinke powinny byc natomiast na pawlaczu, nad kotlownia. Tak jakos obok koszykow i barankow na Wielkanoc.
Pobyt w Lanquin byl bardzo udany. Po pierwsze sam hostel El Retiro. Polozony w wawozie nad rzeka w kolorze, ktory chyba nazywa sie szmaragdowym. Mieszka sie w drewnianych domkach na palach. Dach z palmowych lisci, na ganku hamaki w celach relaksacyjno-widokowych, elyktrycznosci brak.

Na terenie urzeduje jedna krowa i jedna rodzina kurczakow. Rodzina kurczakow stale dziobie gdzie popadnie, krowa natomiast nigdy sie nie rusza. Ilekroc jednak podroznik przemyka z pokoju do restauracji, toalet czy recepcji spotyka krowe nieruszajaca sie w zupelnie innym miejscu, niz ostatnio sie nie ruszala. Czasem krowa zamuczy i sie na nia nie wpada, czasem jednak przebiegly zwierz potrafi schowac sie np. tuz za sciana domku, a wtedy nieuwazny podroznik moze poczuc jej oddech z baaardzo bliska.


Wstepu do restauracji bronia trzy psy. Maja swoja opinie na temat niektorych podroznikow i, choc zazwyczaj bardzo przyjazne, potrafia prezentowac swoje obronne oblicze. Jestem pewien, ze powodu Saby, Diego i Lui kilka osob do restauracji nigdy nie dotarlo. Manager chyba podziela opinie psow na temat ludzi, bo nigdy nie staral sie ich uspokajac. Proba psow, niczym test pilota Pirxa. A w restauracji toczy sie zycie. Jedzenie, internet, muzyka, schowki, gry, ksiazki i, przede wszystkim, inni podroznicy.

Restauracja jest wlasnoscia Anglika. To juz w zasadzie regula, ze kazdy dobry hostel, a przynajmniej jego czesc kulturalno towarzyska, jest wlasnoscia i jest prowadzona przez extranjeros. Dotychczas kazdy przyjemny hostel w ktorym bylem, tak w Meksyku jak i w Gwatemali jest prowadzony przez kogos z zagranicy. Sa to zazwyczaj ludzie , ktorzy podrozujac dotarli do danego miejsca i nie znalezli dobrego hostelu. Poniewaz jednak bardzo im sie podobalo to zalozyli swoj. Potrafia stworzyc atmosfere, ktorej niestety zazwyczaj (choc oczywiscie nie zawsze!) lokalni ludzie nie do konca czuja.
W el Retiro rowniez pracowali podroznicy, ktorzy w ktoryms momencie postanowili sie zatrzymac. Byl Irlandczyk Shanon, co tydzien nowa dziewczyna. Byla Kanadyjka Cristal, upajajaca sie restauracyjnym DJ-owaniem z Ipoda. Byla 22 letnia Norwezka Ingwil, regularnie na space cookies. Byla 31 letnia Szwajcarka Karin, ktora marijuany nie palila. Historia kazdej z tych osob jest ciekawa, ja najlepiej poznalem wlasnie historie Karin. Z poczatku bardzo uporzadkowana. Liceum, studia-finanse, praca. Praca 12-14 godzin dziennie. W wieku 27 lat zostala jednym z glownych menadzerow w duzej korporacji. Najmlodsza i do tego jedyna w histori kobieta na tym stanowisku. Prywatnie pierwszy chlopak przez 2, drugi 3, a ostatni 6 lat. W koncu jednak cos zaczelo pekac. Chlopak uzaleznil sie od kokainy, a praca, mimo astronomicznych dochodow, nie cieszyla. Uzbierala pieniadze na dom, ale nie bylo z kim mieszkac. W wieku 29 lat zostawila wszystko i ruszyla w 11 miesieczna podroz po Ameryce Poludniowej. Teraz, od 5 miesiecy, finansistka ze Szwajcarii pracuje w el Retiro za barem. Osiem godzin dziennie, za godzine ok 0,60 USD (czyli centow!), wyzywienie i zakwaterowanie w domku z palmowym dachem. W dniach wolnych (raz w tygodniu) moze poczytac w hamaku ksiazke, poplywac tratwa po rzece, tudziez przejsc sie nad wodospad. Jest szczesliwa, kiedys wroci, ale pospiechu nie ma. Kobieta z krainy zegarkow mieszka w kraju, w ktorym jest godzina albo siodma albo osma, a jak sie powie ze jest 7.43 to sie na ciebie patrza jak na wariata.
W Lanquin nie siedi sie jednak tylko w Hostelu.

Widzialem Grotas de Lanquin i Semuc Champey. Ogolnie zdjecia z tego okresu tutaj.

Wczoraj przyjechalem do Antiguy. Spotkalem sie tu znowu z Liora, Revital i Idanem. –byli w Belize, ale ze bylo drogo, to postanowili odwiedzic mnie tutaj. To jest 24 godziny jazdy autokarem, a oni byli tu wczesniej przez 2 tygodnie... Mieszkamy w Izraelskim hostelu „Place to stay”. Mieszka tu okolo 25 Izraelczykow, ja i jeden Niemiec. Mimo wszystko jest mala choinka, specjalnie dla naszej dwojki chyba, zeby swiety mikolaj mogl trafic (to odpowiedz na komentarze niektorych czytelnikow :-) ). Jutro idziemy na wulkan Pacaya, a pozniej do San Pedro. Tam swieta i sylwester, o ile uda sie zapisac na kurs hiszpanskiego. Jak to jest, ze w Polsce jest ponad piec razy wiecej ludzi niz w Izraelu, a Polke w podrozy spotkalem dotychczas jedna (jesli chodzi o backpackersow, turystow z Polski slyszalem na ulicach jescze kilka razy) ?

ps. Dziekuje za poprawki jezykowe. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, ze pisze po polsku, mowie po angielsku i hiszpansku (troszke), a wokol slysze glownie hebrajski. Ale bede sie staral! A w to, ze pani G bedzie kiedys dumna nigdy nie wierzylem, Pani zreszta tez pewnie nie... :)

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Flores-Lanquin

Tikal byl niesamowity. Nastepnego dnia 10 godzinna podroz z Flores do Lanquin. 4 colectivo, a co jeden to lepszy. Ostatni odcinek; 61 km w 16sto osobowej Toyocie Hiace. Trwao to 2 i pol godziny, a w busie jechalo 28 osob... Teraz jestem w Lanquin. Telefony nie dzialaja, prad wylacza sie co chwila, a napisanie tego posta zajelo mi godzine. W zwiazku z powyzszym wiecej informacji za kilka dni jak wroce do gwatemalskiej cywilizacji miejskiej.

sobota, 15 grudnia 2007

Droga do Guatemali

No i stalo sie. Opuscilem moja karaibska plaze, a kilka godzin pozniej rowniez Meksyk. Najpierw, 22.30 bus z Tulum do Chetumal. W Chetumalu upojna drzemka na dworcu w godzinach 2.30-5.50 a pozniej kolejny autokar do Flores. Nastawilem dwa budziki. Dzwonily kazdy 2 razy po minucie (na Nokii to widac, ze dzwonila) ale nie wzruszylo to specjalnie ani mnie, ani Pabla. Na szczescie wzruszylo to pana z ochrony i na 10 minut przed odjazdem mnie obudzil. Z takim snem, nic dziwnego ze mnie okradaja...
Wehikul nie az tak dobry jak Meksykanskie ADO i OCC (naprawde sa super) ale za to 9-godzinna podroz przez 3 kraje kosztowala ok 26 USD. Przednia szyba (tak jak zreszta i kilka bocznych) autokaru Linea Dorada byly pekniete, nawiew dzialal tylko jak sie szybko jechalo, a jak na zewnatrz padalo to i w srodku troszke. Moglo byc gorzej. Podobno zreszta teraz ma juz byc co raz gorzej, niedlugo zaczne pewnie podroze tak zwanymi chicken busami.
Na granicy Belize-Guatemala autokar przechodzil sanitarne mycie, a ja odbylem krotka pogadanke z niejakim Michealem. Michael jest synem angielskiego zolnierza i Belizanki. Pracuje teraz w prywatnej guatemalskiej szkole dla trudnej mlodziezy. Uczy w liceum...wszystkich przedmiotow. Jak sie dowiedzial, ze jestem z Polski to sie ucieszyl, gdyz jeden z jego ´idoli´ pochodzi znad Wisly. Zastanawialem sie kto to moze byc. Niesmialo przychodzil mi do glowy papiez czy Lech Walesa, bo oni sa zazwyczja najbardziej znani. A tu niespodzianka. Super Mario, czyli Mariusz Pudzian Pudzianowski. Oj tak, w szkole w Guatemala City Pudziana znaja i kochaja go wszyscy. Przez rzeke w trakcie naszej rozmowy przejechalo tez kilka autobusow z dziecmi. Michael wytlumaczyl mi, ze mieszkaja w Guatemali, ale do szkoly chodza w Belize. Podobno szkolnictwo Belizejskie a Gwatemalskie to niebo a ziemia.
Ogolnie nie-zostanie (razem czy osobno?) w Belize nawet na jedna noc bylo dosc trudna decyzja. Podobno jest drogo i troche niebezpiecznie, ale mimo wszystko chec poznania jest duza. Z punktu widzenia peknietego okna Linea Dorada moge tylko powiedziec, ze w Belize sie ludzia nie przelewa. Po odwiedzeniu takich anglojezycznych krajow jak Australia, Anglia i Ameryka ogladanie bardzo biednej okolicy, a zarazem znakow i szyldow po angielsku bylo jakies nienaturalne.
Tego typu wyrzeczen bedzie jeszcze duzo i to o wiele trudniejszych. Z jednej strony rok podrozy to dlugo, ale z drugiej zdecydowanie za malo zeby w jakikolwiek sposob poznac wszystkie kraje, przez ktore bede przejezdzal. Spotkalem juz wiele osob, ktore rok poswiecaja na Ameryke Centralna. To akurat, w moim odczuciu, lekka przesada (i empirycznie moge stwierdzic, ze sprowadza sie najczesciej do palenia jointow w kolejnych hostelach), ale juz rok w Ameryce Centralnej i Poludniowej moge zrozumiec doskonale.
Teraz jestesmy z Pablem we Flores. Jutro o 2.59 (powaznie, tak jest napisane na bilecie, nie o 3 albo o 2.58) mamy czekac przed schroniskiem i ruszam zwiedzac majowe ruiny w Tikal. Podobno niesamowite. Ja musze sie wyspac, a jak z Pablem to nie wiem, spal twardo wiekszosc drogi.


Granica Belize-Gwatemala, tu dezynfekuje sie (chyba tak to mozna nazwac) pojazdy


Ta sama granica, na przeciwko ¨myjni¨


Michael z Pablem

Idol Michaela



Pablo z Floreskimi rybakami po dlugiej podrozy