sobota, 28 czerwca 2008

Pablo w krainie tygrysow

(Pablo in the land of the tigers)
A couple of days ago I went to the movies. A classic western multiplex cinema, not much to write about. Inside: 15 minutes of trailers, then suddenly everyone stands up at attention and we have a good few minutes of the Thai national anthem. Its major theme is the Thai monarch, his visual life-story on the screen in harmony with the music. Following this rather bizarre interludium, we're back to "Kung Fu Panda" and to the popcorn...
I left Bangkok yesterday. For one night only, but still. Pablo ruled in the tigers' kingdom, we crossed the bridge on the river Kwai etc. Here definitely pictures instead of words...
photos

Kilka dni temu poszedlem do kina. Klasyczny zachodni multipleks, trudno znalezc tam cos zaskakujacego. Najpierw 15 minut zajawek,a pozniej wszyscy nagle staja na bacznosc i kilka minut hymnu Tajlandii. Opowiada o tym (ow hymn) jak bardzo Tajlandczycy kochaja swojego wladce, a wizualizacje prezentuja rozne jego zdjecia. Po tym nieoczekiwanym przerywniku z powrotem do "Kung fu pandy" i popcornu...
Wczoraj oposcilem Bamgkok. Na jedna noc co prawda ale zawsze. Pablo pobuszowal troche po krainie tygrysow, przeszlismy mostem na rzece Kwai itp. Tutaj juz zdecydowanie zdjecia zamiast slow


niedziela, 22 czerwca 2008

Szanghaj-Hong Kong-Bangkok

(Mirador Mansion reality)
'It turns out that three of my roommates are currently filing for divorce: the "How to get a divorce in Hong Kong" brochure is an instant hit among the Mirador Mansion inmates...'

Z Szanghaju samolotem do Hong Kongu. Miasto duzo drozsze niz reszta Chin, wiec poszukiwanie najtanszego zakwaterowania. Tak trafiamy w okolice slynnego Chunking Mansion (a dokladnie Mirador Mansion, tuz obok). To dwa budynki biedoty, blisko centrum, bardzo tanie i bardzo biedne. Kuchnia, odcienie skory, jezyki i prostytutki z calego swiata. Na twarzach backpackersow trafiajacych tu pierwszego dnia maluje sie strach. Na mojej malowal sie rowniez, "jak tu wejde to juz nigdy nie wyjde".
Po dwoch dniach mam juz lokalnych kolegow pod sklepem na dole, rozmowy w windzie itp. Po tygodniu szkoda bylo wyjezdzac. W szescioosobowym pokoju jestem jedyna osoba przed czterdziestka. Lozko jest za krotkie, wjec wystajacymi stopami dotykam w nocy glowy japonczyka spiacego obok. Integracja na najwyzszym poziomie. Trzech sublokatorow jest w trakcie rozwodu, najpopularniejsza lektura w pokoju jest broszura "how to get a divorce in Hong Kong". Walter przyjechal tu na 5 dni 13 lat temu. Dostal prace i postanowil zostac dluzej. Duzo dluzej. 13 lat w pokoju, ktory byl jednym z najgorszych jakie widzialem w calej podrozy. Wieczorne opowiesci to jak filmy przygodowe. W dzien glownie deszcz, kupilem pierwszy parasol w moim zyciu i przeczytalem dwie ksiazki. W nocy bar. Albo drogo, z europejczykami zyjacymi w HK, albo tanio, w otoczeniu starych biznesmenow i mlodych "dziewczyn" z calego swiata. Wiza z pozwoleniem na prace na 6 miesiecy i podobno mozna sie dorobic. Jednego dnia wyszedlem sam, drugiego z Amerykanka poznana w Szanghaju. Jakbym byl gdzie indziej, wciaganie na sile do night clubow i wszelkie nieprzyzwoite oferty znikaja natychmiast. Mezczyzna i kobieta odwiedzajaca te lokale beda de facto w dwoch roznych miejscach.
W sobote przylecialem do Bangkoku. Zeby dostac wize musialem miec bilet wylotowy. Najpierw miala byc Papua, pozniej Birma a w koncu lece na Filipiny. Pierwszego lipca laduje w Manili . Wiza i Autobus na ulice Khao San. Jest jak caly wszechswiat, po 2 dniach nie czulem jeszce potrzeby wychodzenia poza nia.

piątek, 13 czerwca 2008

Z glowa w Mur

(On the night on the Great Wall of China)
'[...] Someone must have come up to sleep here like I did, it sounds like a sleeping bag or a pad or something. I'm not going to see him/her tonight, because we are both bound to get a heart attack. I will say hello tomorrow. I fall asleep cuddling Pablo and my wallet, resting my head on a swiss army knife. I wake up at dawn - the view is something else. Not a soul around, I take a few pictures and feel like the king of life.'
photos

Sroda, Pekin, wczesne popoludnie. Razem z Agnieszka i Karolina siedzimy w stolowce studenckiej. Spotkalismy sie dwa dni temu, a rozmawiamy jak starzy, dobrzy znajomi. W podrozy tak to jakos dziala, wszystko jest szybsze i intensywniejsze, albo sie lubimy, albo nie, nie ma czasu na polcienie. Przedwczoraj bylismy na karaoke z Chinczykami poznanymi o drugiej w nocy w malym barze. Wczoraj zwiedzalismy pekinski ogrod, jedlismy pekinska kapuste i ogladalismy rozne (ale nie pekinskie) filmy. A dzis? Dzis sie rozstaniemy. Agnieszka pisze mi instrukcje po polsku i chinsku, obok siebie zebym wiedzial co pokazywac.
"Czy mozna zostawic bagaz na cala noc?" i odpowiedz tak/nie - pani na dworcu ma pokazac palcem.
Dalej; stacja metra Dongzhimen, autobus 916 do Huairou, taksowka do wioski Jinshanglin, a stamtad powinno byc juz blisko. Rano 4 godziny marszu do Simaitai i z powrotem do Pekinu. Proste.
Dziewczyny odprowadzaja mnie do metra. Stacja kolejowa, przechowalnia bagazu (pani pokazuje "tak"), Dongzhimen, autobus 916, samochod do wioski. Cos sie nie zgadza. Pan mi probuje tlumaczyc, ze sa dwie mozliwosci, a jak mowie o tym Simaitai to nikt nic nie wie. Dlugo jezdzimy szukajac kogos, kto mowi po angielsku, bezskutecznie. W koncu pokazuje ze chce tam spac. Najpierw patrzy sie jak na wariata, ale stwierdza, ze w takim razie, to musi byc ten Mur po prawej stronie. Jedziemy w prawa strone. No i rzeczywiscie go widac, tylko jakos daleko i wysyko. W koncu dojezdzamy, pan pokazuje, ze stad juz na piechote. Ladne kwiatki, jest osiemnasta, a ten mur to sie wydaje na szczycie wielkiej gory na koncu swiata. U podnoza pytam sie czy w lewo czy w prawo, pokazuja ze w prawo, ale krzycza ze juz za pozno. Pokazuje wojskowe spodnie-machaja reka. Panie proponuja tez kupno wody. Dziekuje, tu jest drozej niz na dole, a ja mam w plecaku trzy butelki.
Po pol godziny potu i zadyszki dochodze do konca szlaku. No ladnie, ja tu umieram, a to zla droga byla. Na dole odchodzila taka mala sciezka z choragiewkami, ale wygladala jakos niepowaznie. W dol, entuzjazm spada o jakies 50%. Szlak z choragiewkami i znowu pod gore. Po pietnastu minutach pokladam sie ze zmeczenia i koncze pierwsza butelke wody. Nie jest dobrze, zmierzcha, wody mam raczej za malo, a sil to juz nie mam w ogole. Dwie noce z rzedu spalem po 4-5 godzin, duzo za malo jak dla mnie. To przeciez mialo byc blisko, a ja sie wspinam na Kilimandzaro jakies! Ale ale, jestem swierzo po filmie "Into the wild", a w plecaku krople do magicznego zamieniania wody ze strumykow w wode pitna. Tylko strumykow brakuje, no ale przeciez z gor zawsze splywaja. Dalej pod gore, pot leje sie ciurkiem, co kilka krokow przystaje, pieronsko stromo. Czesto ide na czterech konczynach, bardziej przypomina to wspinaczke niz spacer. Mijam kilka kamienistych miejsc ktore niewatpliwie bywaja czasem strumieniami. Nie tym razem niestety, dawno nie padalo. Racjonowanie wody. A sil zupelnie brak, moze przonocowac tu? Niewiele jest miejsc wystarczajaco plaskich, ale zdarzaja sie. Mam Karimate i spiwor, mam tez stracha. Najpierw to taki strach jak dziecka przed ciemnoscia, niesprecyzowany ale bardzo prawdziwy. A pozniej juz konkretniejsze mysli... Czy tu sa tygrysy? nie no, tygrysow chyba nie ma, za zimno w zimie. No dobra, a moze weze? Hmm, zadnego nie widzialem, ale... Robi sie co raz ciemniej, a ja jestem co raz slabszy. To nie jest niebezpieczna sytuacja, zejscie w dol zajeloby mi mniej niz godzine, a tam woda, dach, ludzie. Mimo to strach jak najbardziej realny. Po jakies dwoch godzinach dochodze do dziwnego rozstaju drog. Nie wiem gdzie jestem bo wszedzie drzewa i tego muru calego juz od dawna nie widze. A wiec w lewo normalna droga, ale strzalki pokazuja w prawo. Jakos ufam tym strzalka wiec... Czolowka na glowe (juz naprawde zmierzcha) i schodze piec minut w dol za strzalkami. A tam... jaskinia! Normalnie bym sie ucieszyl, ale na moj obecny, niezbyt brawurowy stan psychiczny to dosc sporo. Z drugiej strony w jaskini moze byc woda no i mozna spac. To ludzie juz dawno temu wymyslili. Wchodze w glab kilka minut, w okol mnie przelatuja nietoperze, a wody brak. Kapie cos, ale nic powaznego. Nie, spanie w jaskini to chyba za duzo, wracam do tej sciezki. Ciemno zupelnie ale po dwudziestu minutach jakies cegly wylaniaja sie z lasu. Czy to to? To! Wchodze na Chinski Mur! W okol ciemno, widac tylko swiatla wioski ponizej i nikogo oprocz mnie. Moj maly szczyt swiata. Chodze troche szukajac odpowiedniej wiezy. Potrzeba zeby byl dach w razie deszczu (malo prawdopodobnego) no i zeby te tygrysy nie mogly wejsc. Trzecia z koleji sie nadaje. Rozbijam oboz, czyli karimate i spiwor. Radosc, prawdziwa radosc z odrobina leku dla wzmocnienia wrazen. Zdjecia i do "lozka". Zasluzylem sobie.

Powielanie-remedium na samotnosc
Po jakiejs godzinie zaczyna grzmiec. Nie pada, burza jest gdzies daleko, ale te blyski nie ulatwiaja zasniecia. Przenosze sie na dol. Zasypiam przytulony do Pabla. W nocy slysze jakies szelesty. Najpierw nie wiem o co chodzi, ale po pewnym czasie jestem juz praktycznie pewien. Ktos tu przyszedl spac tak jak ja, brzmi to jak spiwor, karimata czy cos. Nie bede do niego szedl dzisiaj, bo tylko oboje dostaniemy zawalu serca. Przywitam sie jutro. Zasypiam przytulony do Pabla i portfela, ze scyzorykiem pod glowa. Budze sie o swicie. Widok nieziemski. Nie spotykam nikogo, robie zdjecia i czuje sie krolem zycia.

Pokoj z widokiem
Tylko ta woda. Decyzja- w dol ta sama droga, nie bede kombinowal nic juz z Simaitai. Wizyta w Jaskini, wchodze glebiej. Wody nie ma, zbieram te co kapie przez jakis czas. Lepsze niz nic.

U wejscia do jaskini
Dalej walka w dol, nie jest duzo latwiej niz pod gore, ale teraz przynajmniej sie wyspalem. Na przedwioszczu (przedmiesciach wioski?) znajduje studnie. Prysznic i picie. Sukces, mieszkancy usmiechaja sie na moj widok. Samochodem w dol, autobus 916, stacja metra, pociag nocny do Szanghaju. Jednego dnia budze sie na szczycie gory na murze Chinskim, a nastepnego 1200 km dalej w Szanghaju. Zycie!
zdjecios

ps. Film "Into the Wild" jest niesamowity. Po polsku to chyba "Wszystko za zycie". Polecam kazdemu.

niedziela, 1 czerwca 2008

Kontrasty

(On sightseeing in Shanghai)

[...] I ask this guy if he knew of any bookstore around. He’s giving it a thought for a moment. Oh, yes I know one, really really close, follow me, come on! I’m slightly concerned about his excitement but oh well. Two minutes later we’re in his outlet: purses, watches, sunglasses. This isn’t a bookstore, is it... ‘Oh, but now that you’re here, at least you could have a quick look around.’
Wiem, ze dlugie, ale sam potrzebowalem to napisac. Mozna czytac w odcinkach bo pewnie troche potrwa zanim cos znowu napisze.
Budze sie pod koldra w czystym, szescioosobowym pokoju w hostelu w Szanghaju. Hostel jak ten w Nowej Zelandii czy Argentynie z ta moze roznica, ze w salonie wisi duza czerwona flaga z kilkoma zoltymi gwiazdkami. Na sniadanie arbuz i do metra. Wejscie bardzo blisko, a w srodku czysto, przyjemnie, nowoczesnie. Pierwsza linia powstala tu w 1995, druga w 1999. Teraz jest osiem, a cztery kolejne w budowie. Wszystkie napisy po chinsku i angielsku. Pierwsza linia metra w Warszawie tez powstala w 1995 roku... Dokladnie wyznaczone gdzie pasazerowie maja czekac, ktoredy maja wychodzic wysiadajacy. Gdy pociag podjezdza i podwojne drzwi sie otwieraja, zaczyna sie wojna. Nie ma mowy o ustepowaniu komus miejsca, walka o siedzenie lokciami i kolanami, starsi, mlodsi, kobiety, mezczyzni. Wysiadajacy nie maja lekko przepychajac sie przez ten tlum. W srodku glosno, czasem podobno bardzo tloczno (dziennie tym metrem porusza sie okolo 3 milionow ludzi), ale tego nie doswiadczam. W godzinach szczytu jeszcze smacznie spalem. I tak jest lepiej niz samochodem. Na ulicach wojna taka, ze Warszawa wydaje sie byc oaza spokojnych, zrelaksowanych kierowcow. Mysle, ze gorzej niz w Gwatemali, wiecej czystej, bezcelowej agresji.
Wysiadam na Placu Ludowym. Na stacji pelno sklepow, cos jak Kupieckie Domy Towarowe centrum (slynne KDT pod palacem). Plac w konstrukcji, wokol pelno smieci, bezrobotni zbieraja plastikowe butelki ze smietnikow, ludzie pluja i odchrzakuja (tak sie chyba kulturalnie okresla owa nieprzyjemna czynnosc) na ulicy, a to wszystko w otoczeniu najwyzszych drapaczy chmur swiata. Ide do miejskiego muzeum. Godzina w kolejce. Ostatni raz kiedy stalem tyle w kolejce do muzeum? Nigdy. Jest niedziela i wstep darmowy, ale mimo wszystko. Z nudow robie zdjecia ludziom dookola. Ochrona przyglada mi sie czujnie, a gdy chcialem zrobic zdjecie im... duza awantura.
Chiny to najstarsza "ciagla" cywilizacja swiata. Tak sie chyba okresla, ze politycznie trwa nieprzerwanie od dawna (jakis XVII w p.n.e.) do dzis. Na pocieszenie jest tez mala wystawa o antycznej kulturze greckiej, ale chinska prezentuje sie jakos dojrzalej. Tabliczki informacyjne nie pomijaja tego faktu, opisy zacyznaja sie np. od "Chiny, nasz wspanialy i wielki kraj..." itp, itd. Z muzeum wychodze na plac. Tam zaczepiaja mnie mlodzi ludzie mowiacy po angielsku. You are very tall, you like basketball? (jestes bardzo wysoki (?!), lubisz koszykowke?). Potem skad jestem, a ze super ciekawie, a co robie, a oni sa studentami, a gdzie ide, a oni znaja takie fajne miejsce. Czytalem o tym w hostelu. To moze byc galeria, restauracja i kto wie co jeszcze. Wazne, ze jak z nimi pojde do wydam duzo wiecej pieniedzy nizbym mial ochote. Podobnie jak w Gwatemalii, Boliwii, Kubie i wielu innych miejscach. Tyle, ze to nie byly najstarsze "ciagle" cywilizacje, najpotezniejsze narody swiata. Ruszam dalej, gdzies w poblizu ma byc miedzynarodowa ksiegarnia. Po drodze co chwile ktos probuje sprzedac mi torebki Gucciego, Rolexy, Ray Bany itp. Mowie jednemu panu, ze nie potrzebuje, ale czy przypadkiem nie moglby mi powiedziec gdzie jet ksiegarnia. Chwila zastanowienia. Tak, wiem, bardzo blisko, chodz chodz! Ten jego zapal troche mnie zastanawia no ale. Po dwoch minutach ladujemy w jego sklepie z trebkami, zegarkami i okularami. To nie jest ksiegarnia. "No ale jak juz jestes, to sie rozejrzyj chociaz".
Ksiegarnie znajduje sam. Ide do dzialu przewodnikow i zaczynam poszukiwania. Przewodniki wszystkich krajow swiata chyba, bardzo duzy wybor. Sa tez przewodniki po Chinach, ale nie ma najpopularniejszego-Lonley Planet (LP). Pani sprzedawczyni pyta, czy moze pomoc.
-Tak, jest LP China?
-Nie ma, ale sa inne, o tu, prosze spojrzec.
- no tak, ale czemu jest LP wszystkich krajow swiata z wyjatkiem Chin?
-eee, nie wiem w sumie, juz bardzo dlugo go nie ma, co najmniej od roku.
-Slyszalem, ze sa nielegalne bo nie uwzglednia Taiwanu jako czesci Chin, czy to prawda?
duuze zmieszanie i jakana odpowiedz
- to jest... polityczne... pytanie...
ucieczka
W tym samym momencie podchodzi inny sprzedawca, zgaduje, ze starszy ranga.
-Czego pan szuka? a, LP China, no skonczyly nam sie niedawno, ale mamy inne, krajowe, bardzo dobre.
Z tym panem to chyba byloby nawet niebezpiecznie wdawac sie w rozmowe o Taiwanie. Wyjscia z tej ksiegarni pilnuja policjanci, nie ochrona tylko policjanci. Kupilem Jadro Ciemnosci J. Conrada. Tez pewnego rodzaju przewodnik, a do tego lekki (w sensie wagi, nie tresci).
Dalej ide nad Bund, europejska (tudziez ogolniej, zachodnia) dzielnice nad rzeka. Z Bundu ogladam Pudong- biznesowa dzielnice drapaczy chmur. Wyglada bardziej imponujaco niz Nowy York czy Tokio, nie mam teraz jak wrzucic zdjec, ale prosze mi wierzyc, albo poszukac Pudong w internecie. Wczesniej jak patrzylem na taki rzeczy to bylem zazdrosny i zalowalem, ze Polska tak nie ma. Ale to troche otwiera oczy. Shanghai to miasto-reklamowka. Zrobione na pokaz. Wszystko tu wyglada swietnie, ale bardzo sztucznie zarazem. Widac to niestety po ludziach. Nie bylem nigdzie w glebi kraju, ale tam podobno widac to jeszcze bardziej. Nie mam na mysli, ze ludzie sa gorsi, czy prymitywni. Sa Chinscy, Shanghai za to aspiruje by byc europejski, zachodni. Wellington (Stolica Nowej Zelandii) nie ma zadnych drapaczy chmur, a jest bardzo nowoczesne i imponujace. Chinczykow na pewno denerwowalo, ze ich gospodarczo najpotezniejszym miastem byl Hong Kong, byla kolonia brytyjska. Shanghai ma to zmienic, a zmiana odbywa sie bardzo szybko. Ludzi tak szybko zmienic sie nie da, moze sprobuja ich schowac, tak jak zamykaja wstep do Tybetu na czas olimpiady.
Wieczorem poszedlem na maly streetfood, uliczny stragan z jedzeniem. Szaszlyki zjadlem ze smakiem i przyszla pora zaplaty. Ile? dwa razy tyle co powinno byc. Mowie ze to zarty, mowia ze takie zycie. Chodzi tu o 18 zl zamiast 9, ale mimo wszystko. To jak ciastka dawno temu w Peru.

sobota, 31 maja 2008

Arriving Shanghai

(Arriving in Shanghai)
I'm in Shanghai. I slept 13h after reaching the hostel. No tourist information at the airport. I mean there is quite a number of them even, each one aggressively promoting their own hotel and their own cab. Subway here is all right, internet as well. I can't see my blog (they've censored blogspot), I'm allowed to write though :). People don't appear to be overstreching themselves to be friendly and are definitely digging deep into the tourist's pocket. I think I could use a book-type city guide here. There's a problem with that as well. Lonely Planet does not recognize Taiwan as part of China and thus is illegal. I'll try to find one anyway and then will do my best not to have it confiscated. [...] As I mentioned already, this is not a holiday trip...


Jestem w Szanghaju. Po dotarciu do hostelu spalem 13 godzin. Na lotnisku nie ma informacji turystycznej. To znaczy jest, nawet duzo, kazda polecajaca swoj hotel i swoja taksowke. Metro daje rade, internet generalnie tez. Bloga nie moge obejrzec- blogspot jest ocenzurowany Moge za to pisac :) Ludzie juz sie tak nie klaniaja i raczej intensywnie zagladaja do kieszeni turysty, mysle ze bede potrzebowal ksiazkowego przewodnika. Tu tez problem. Lonely Planet nie uznaje Taiwanu za czesc Chin- jest zatem nielegalny. Mimo to sprobuje poszukac, a pozniej nie dac sobie zabrac. Podobno Shanghai i tak jest zdecydowanie "najlatwiejszy" i najbardziej zachodni ze wszystkiego. Co pozniej? Chyba Beijing, ale nie wiem nic na pewno. Jak juz pisalem, to nie sa wakacje.

czwartek, 29 maja 2008

Bezsennosc w Tokio vs. Swiete jelenie z Nara

(On subway in Tokio)

Every split second someone’s head drops on a fellow commuter, deficit of sleep is a trademark of this city, maybe of the country even.

Bezsennosc w Tokio

Pobudka rano, moze i nawet po wschodzie slonca, ale i tak go nie widac-przysloniete przez otaczajace wiezowce i smog. Winda w dol, gdzie, w tym samym budynku, znajduje sie stacja metra (jednej z trzynastu linii). Do pracy w zatloczonym pociagu-tak, w godzinach szczytu trzeba dopychac ludzi. Mimo olbrzymiego tloku panuje wzgledna cisza, nikt nie rozmawia. Odglosy klawiatury. Maile lub smsy, ale nie rozmowa- takt i kultura. Niektorzy ogladaja filmy na swoich telefonach komorkowych, inni graja w gry lub ucza sie angielskiego. His argument is always based on sound reasoning. Co rusz czyjas glowa opada na wspolpasazera, deficyt snu jest znakiem firmowym tego miasta, a moze i kraju. W biurze dzielnie stawia czola codziennym wyzwaniom, na lunch sushi w podziemiach. A moze w szkole? W tym przypadku nie garnitur ale mundurek, a jak starszy to jakas bardzo zagmatwana kreacja. Paryz czy Nowy York moga sie schowac, Tokyo jest o epoke do przodu. Bedzie oczywiscie skosnooki Sean Paul czy Avril Lavigne, ale to nie sa imitacje, to kreatywna innowacyjnosc, amerykanskie wzorce do Japonskiego kwadratu. Sami mieszkancy chyba rzadko zdaja sobie z tego sprawe, koszulki NYC czy Miami to ciagle podstawa. Po pracy z kolegami do baru. Tu dwie opcje-albo trzeba sie upic jeszcze przed 24, albo zapomniec o powrocie. Kolo polnocy koncza kursowac pociagi, a bez nich w tym miescie nie da sie poruszac. Tylko czy do domu trzeba wracac? Prywatne pokoje karaoke dla kilku/nastu osob, motele na godziny, potencjalnie z dziewczyna poznana w dyskotece/barze lub wybranej z foto menu, tak jak w McDonaldzie. Cafejki internetowe, ale nie takie jak w Polsce. Prywatny pokoj z rozkladanym fotelem i podnozkiem, kapcie, filmy, komiksy, prysznic, darmowa kawa... Wychodzi taniej niz hostel. A jezeli potrzebuje stricte horyzontalnej pozycji do spania moze zawsze zdrzemnac sie w hotelu-kapsule. Maja darmowe budziki na wynajem. Rano kolejny dzien, glowa opada ma wspolpasazerow.
W Tokyo mieszka okolo 15 milionow ludzi, ale to niewazne. Niewazne, bo miedzy Tokyo a Yokohama i innymi miastami roznice sa stricte administracyjne. Pas Taiheiyo/Korytarz Tokaido. 1200km, 83 miliony ludzi. Nie ma slumsow, to nie jest ani troche podobne do Rio czy Sao Paulo. Pociagiem 'podmiejskim' mozna jechac sto kilometrow i nie wyjechac z miasta. Wszystko to dziala niewiarygodnie sprawnie, kazdy drobny szczegol jest przemyslany, a ludzie nie wchodza sobie w droge. Mowi sie z w dalekiej przyszlosci beda takie Megapolis. Tu juz jest Megapolis- 83 miliony niewyspanych ludzi.


Swiete Jelenie z Nara
Nara bylo pierwsza stolica Japoni. W 710 roku cesarzowa postanowila, ze czas skonczyc z ciaglyni przeprowadzkami rzadu i osiedlic sie gdzies na stale. Padlo na Nara. Nara mialo swoje 74 lata (w sensie potocznych pieciu minut). Zostalo po tym mnostwo swiatyn, Buddyjskich, Szinto i innych. Japonczycy nie uwazaja, ze wyznawanie jednej religii jest rownoznaczne z odrzuceniem innych. Typowym dla jednej osoby jest chrzest, malzenstwo i pogrzeb wedlug zupelnie roznych obrzadkow. Nie z powodu jakiejs ewolucji wyznaniowej, religijnosc ma charakter bardziej tradycyjno-filozoficzny. Dawno temu niejaki Takemikazuchi, bog, przybyl do Nara z nieba, na bialym Jeleniu. Z punktu widzenia Jelenia nie mogl zrobic lepiej. Okreslenie 'pieskie zycie' w rzeczywistosci Nara byloby zyciem Jelenim. Taki oto jelen moze hasac po parku, krasc dzieciom chrupki i wylegiwac sie na srodku ulicy- nikt go nie ruszy. Zupelnie jak krowa, z ta tylko roznica, ze jelen.

Do Nara przyjezdza teraz mnostwo wycieczek szkolnych. Nauczyciele opowiadaja im o zamierzchlych czasach, a szczesliwe dzieci karmia swiete jelenie. Dzieci maja tam tez zadania z angielskiego. I tak rozne szkoly pytaja o rozne rzeczy. Dzieci z Tojdzi zapytaja o popularny sport w twoim kraju, dzieci z Osaki o cel wizyty w Japoni, a dzieci z Nagano o slawnych ludzi. (Kubica rzecz jasna, w koncu nawet Bbrazylijscy taksowkarze o nim rozmawiaja). Pozniej jeszcze tylko zdjecie i pamiatkowy labadek origami laduje do kieszonki w ramach podziekowania.
Z Nara godzina drogi do Kyoto, tam tez pod koniec osmego wieku przeniosla sie stolica. (prawdopodobnie im zajelo to ponad godzine). 1,5 miliona ludzi, ponad 1700 swiatyn, piekne ogrody, pociag-pocisk i amerykanskie fast foody. Wszystko to jakims cudem funkcjonuje harmonijnie, latwo znalezc miejsca, w ktorych spiewu ptakow nie zaglusza nic, a otacza nas tylko zielen. Kyoto bylo jednym z nielicznych japonskich miast , ktorego US and A nie zbombardowalo podczas Drugiej Wojny Swiatowej. Sporo budowli stojacych tu dzisiaj powstalo zanim ktokolwiek pomyslal o chrzczeniu Polski.
Z Kyoto w XIX wieku Stolica przeniosla sie (na bardzo krotko) do Kamakury. W Kamakurze spedzilem bardzo malo czasu. Mozna tu spotkac Wielkiego Budde (mial swoja swiatynie do 1495 roku, kiedy to zniczczylo ja Tsunami. Od tego czasu mieszka na swierzym powietrzu). Oprocz Buddy sa tez japonscy surferzy i sokoly, ktore tymze surferom (i innym rownierz, bez sportowej dyskryminacji) zjadaja wszelkie mozliwe jedzenie. Widzialem na wlasne oczy takiego sokola spadajacego z nieba na czyjes frytki z McDonalda. Mozna sie przestraszyc, sfotografowac niestety trudno.
Kamakura jest godzine drogi od Tokio (gdzie, jak sie pewnie domyslamy, stolica przeniosla sie i jest do dzisiaj). To taka enklawa spokoju, morze wciaz pozostaje niezabudowane.

W tydzien zwiedzilem cztery historyczne stolice Japoni. Zdalem sobie z tego sprawe dopiero dzis, nie mialem az tak historycznego zaciecia nawigacyjnego. W tym tekscie staralem sie przedstawic dwie twarze Japonii. Nie nalezy jednak traktowac ich jako cos rozlacznego. To wszystko, XXI wiek funkcjonuje rownoczesnie z tradycja i antyczna filozofia, z cesarskich ogrodow widac drapacze chmur. Japonia nie jest Ameryka w krzywym zwierciadle, ma swoj wlasny i niesamowity charakter. Trudny do zrozumienia, ale przejawiajacy sie na kazdym kroku.
Wczoraj spalem w nocnym autobusie (bardzo waskie siedzenia), dzis widzialem pomnik Godzilli, teraz ide spac na fotelu w kawiarni internetowej. Prowadzac zdrowy, normalny tryb zycia nie trudno wychwycic atmosfere tego miasta. Pobudka 5 rano (za 4 i pol godziny), 9.50 samolot do Szanghaju, tam mam nadzieje sie wyspac.

Zdjecia

piątek, 23 maja 2008

Koniec Wakacji

(On leaving New Zealand)
On Wednesday I attended a primary school band concert in Auckland. On Thursday, in Sydney, I had a few beers with people whose plane had a 15 hour delay. Today, Friday, I'm in Tokyo. The New Zealand trip was a true holiday - people speak English, I understand the signpostings and everything seems to be operating more or less logically. Now back to proper traveling. On the other hand, the days have just become warmer and longer. All right, that's it for now, I attach the plan of the local subway...

W srode bylem na koncercie orkiestry szkoly podstawowej w Auckland. W czwartek pilem piwo w Sydney z ludzmi ktorych samolot spoznil sie 15 godzin. W piatek jestem w Tokyo.
Podroz po Nowej Zelandii byla jak wakacje- ludzie mowia po angielsku, rozumiem napisy informacyjne i wszystko funkcjonuje w miare logicznie. Teraz wracamy do prawdziwego podrozowania. Choc z drugiej stronym, dni staly sie nagle dluzsze i cieplejsze. Coz, na razie tyle, zalaczam jeszcze tylko plan lokalnego metra...

poniedziałek, 19 maja 2008

Argentyna z Wellingtonskiej kanapy

(On Argentina)
[...] Argentina does not march or protest on weekends. That's something to take note of. On Friday night in Buenos Aires I thought the city was going to burn down. Huge and often aggressive marches on every square. Come Saturday, Sunday: nothing. People sip Mate in the parks, concerts, shows, Tango in the streets. Idyllic peace full on. Cecilia, my (wo)man in BA, says that people need to wind down after week's work. They may as well be capable to set the town on fire after hours on week days, but weekend is sacred, a different story. This was at least how Cecile saw it.

Od wyjazdu z Argentyny minelo juz duzo czasu, przynajmniej jak na standardy podrozy dookola swiata. Zanurzony w rzeczywistosci Nowo Zelandzkiej, po dniu nieudanego autostopowania, zaczalem wspominac. Jakby nie bylo, bylem tam jednak przez miesiac - nie zeby starczylo na doglebne poznanie kraju, ale na tradycyjne 10 punktow powinno sie nadac.
Argentyna jest:
1. Moja ulubiona.
Przynajmniej jak na razie. Nie z powodu jakiejs jednej wyjatkowej cechy, ale za tak zwany caloksztalt. Mowi sie, ze jest najbardziej europejska w calej Ameryce Poludniowej. Moim zdaniem to duze uproszczenie, Buenos Aires, jak i cala Argentyna, ma swoj niepowtarzalny charakter, ani europejski ani latynoski. Argentynski. Przed kryzysem z 2001 roku BA bylo podobno jednym z najdrozszych miast na swiecie. Nie wiem gdzie to przeczytalem/uslyszalem wiec nie bede sie upieral. Wazne jest, ze kryzys ekonomiczny nie mogl zabic wyksztalconej przez lata kultury. Tym sposobem, w bardzo przystepnej cenie otrzymujemy w Argentynie kulture najwyzszych lotow. Wogole, w moim odczuciu spoleczenstwo jako calosc jest najwyzszych lotow. Jeden z moich gospodarzy w Sao Paulo powiedzial, ze w Argentynie nie czuje sie strasznego wyscigu szczurow, bo "oni juz tam byli". Mysle, ze bardzo trafne.
2.Zroznicowana.
To juz standard na kontynencie, mamy tu Wszystko. Warto jednak zauwazyc, ze fakt, iz to Wszystko jest w jednym kraju, nie znaczy ze jest blisko siebie. Spory kontrast w porownaniu z wszystkoposiadajaca, "malenka" Nowa Zelandia.
3.Nie az tak tania.
To kieruje do ludzi takich jak ja sprzed dwoch miesiecy. W przewodniku mozna wyczytac ze Argentyna jest bardzo tania (nie az tak jak Boliwia, ale blisko). To prawda jesli mowimy o polnocy, polnocy ktora ma oczywiscie duzo do zaoferowania. Ale ceny Patagonskie od rzeczywistosci reszty kraju odstaja drastycznie. To za sprawa pana Fernandeza Campbella i jemu podobnych. No i za sprawa przyrody- olbrzymie odleglosci i pustkowia nie ulatwiaja spraw takich jak transport. No ale jechac do Argentyny nie odwiedzajac Patagonii? Grzech!
4. Nieprotestujaca w weekendy.
To bylo dosc ciekawe. W piatek wieczor w Buenos Aires myslalem, ze miasto wkrotce splonie. Olbrzymie i czesto agresywne protesty na wszystkich placach. No, a w sobote i niedziele nic. Ludzie w parkach popijaja Mate, koncerty, przedstawienia, tango na ulicach. Sielanka pelna geba. Cecilia, moj czlowiek w BA, mowila ze po ciezkim tygodniu pracy ludzie chca odpoczac. Maja sile co dzien po pracy rozpalac miasto do czerwonosci, ale weekend to swego rodzaju swietosc. Tak przynajmniej, to co widzialem tlumaczyla C.
5. Miejscem wystepowania strusiow.
Dla mnie to byla niespodzianka. I roznych rodzajow lamopodobnych, i duzej ilosci zajecy. W parku narodowym Ziemia Ognista widzielismy z 50 w trzy godziny. Widok zajaca juz nigdy nie bedzie tak samo stymulujacy...
6. Kraina Tanga.
Ten taniec to jest naprawde cos. Salasa, Samba, Rumba sa fajne. Mozna sie ich nauczyc, podrygiwac na potancowce i jest super fajosko. Ale Tango to jest klasa, zadne wyglupy. Tutaj ciekawostka, przynajmniej dla mnie byla. Slynne tango, Por Una Cabeza (np. w filmie Zapach Kobiety) porownuje uzaleznienie od kobiet do uzaleznienia od wyscigow konnych. Ta czesc o kobiecie ladna o tyle, o ile ja rozumiem (j. hiszpanski) , ale ten hazard konny jakos tak...
7. Kraina sympatycznych, ciekawych swiata i pomocnych ludzi.
W tym miejscu zaczynam sie powtarzac z trescia punktu pierwszego, ale pewne rzeczy wymagaja podkreslenia. Od chwili gdy przekroczylem granice autobusem miejski z Brazylii do chwili wyjazdu mialem z Argentynczykami stricte pozytywne doswiadczenia (nie liczac moze tych co mi ukradli aparat, ale ich nawet nie widzialem).
8. Dobrym miejscem dla lubiacych przygode.
To sie znowu narzuca przez porownanie z Nowa Zelandia. NZ slynie z tego ze jest "outdoorowa", ekstremalna itp. To fakt, ale wszystkie tego typu atrakcje kosztuja tu slono. Tymczasem w Arg mozna calkiem tanio jezdzic na nartach, nurkowac, ogladac wieloryby, splywac rwacymi rzekami itd, itp.
9. Krajem wina i stekow.
mniam
10. Krajem do ktorego chce sie wracac.
Gdybym kiedys, z jakiego powodu musial wyemigrowac z Polski, wyjechal bym do Argentyny.

piątek, 16 maja 2008

Road Trip

(On my travel companion in New Zealand)
[...] I begin to slowly get to know my travel companion. 33 years of age, single, 5.3 feet tall, dark hair. Plays harmonica in a local band in Ashville, South Carolina, USA. Born in Long Island, high school in NYC, then enrolled to study Sociology in Boston. A year's work in the Thai medical services, a semester of studying at sea, eventually a PhD in Public Health at Harvard. [...] The harmonica is what matters to me though, radio is hard to come in the New Zealand wilderness and every roadtrip needs a proper soundtrack. [...]

Jill poznalem o 6 rano czekajac na autobus. Pol godziny rozmowy i postanowilismy pozyczyc razem samochod. Tak zaczyna sie nasz road trip (podroz drogi?). Piekne widoki z kajaku utwierdzily mnie w przekonaniu, ze cos, co ma taki poczatek, nie moze skonczyc sie zle.
zdjecia z Abel Tasman



Pierwszego dnia ruszylismy w strone lodowca Fox. Jill nigdy lodowca nie widziala, zatem czemu nie? Jazda po absolutnie nie wlasciwej stronie drogi pochlania wiele uwagi, nie mniej stopniowo poznawalem moja towarzyszke. 33 lata, stan cywilny; wolna, okolo 160cm wzrostu, wlosy ciemne. Gra na harmonijce w malym zespole w Ashville, Poludniowa Karolina, USA. Urodzona w Long Island, liceum w Nowym Jorku, a dalej studia socjologiczne w Bostonie. Rok pracy w Tajlandzkiej sluzbie zdrowia, pol roku studiow na morzu, az wreszcie doktorat z Public Health (zdrowie publiczne?) na Harwardzie. Do Nowej Zelandii przyjechala na slub kolezanki poznanej 10 lat temu w Tajlandii. Dla mnie najwazniejsza byla ta harmonijka, radio nie jest w Nowej Zelandii az tak powszechne na pustkowiach, a pozdroz potrzebuje wlasciwej sciezki dzwiekowej. Kolacja: bagietka, ser i nowozelandzkie wino, spanie w samochodzie nad jeziorem Matheson. Rano spacer nad lodowiec i w droge do Queenstown. Tam zatrzymalismy sie u Julio (couchsurfing). Brazylijski chemik pracujacy w Nowej Zelandii jako mechanik samochodowy. 2 noce, brazylijska muzyka na zywo, 20 osob, 10 narodowosci. Julio goscil 6 osob z CS, sam spal w samochodzie... Poznalismy u niego miedzy innymi irlandzka farmaceutke Yvonne i Francuza Alexa.

Razem z nimi ruszylismy w strone Milford Sounds, nowo zelandzkich fiordow. Tam, wraz z Jill, zaokretowalismy sie na Milford Marinerze na 2 dniowy rejs. Wieczorem posadzono nas w restauracji z trojka Amerykanow i Estonczykiem. Estonczyk pracowal na farmach, a Amerykanin odwiedzal pozostale dwie kolezanki podczas ich studiow w Nowej Zelandii. Pochodzili z Long Island, tak jak Jill. To wystarczylo- kolejna noc spedzilismy w Dunedin, na kanapach w salonie studenckiego mieszkania. Z Dunedin do Mount Cook, najwyzszej gory Nowej Zelandii. Spanie w hostelu, nastepny dzien zapowiadal sie pracowicie. Rano dziewczyny ruszyly nad jezioro w dolinie, a ja w gore, do Schroniska Muellera. Slonce, blekitne niebo i 3 godziny wchodzenia pod gore.

bylo warto. Mt. Cook w tle

Alexa zostawilismy dzien wczesniej w Dunedin. Postanowil zostac tam na zime i znalezc jakas prace. Rano Jill napisala maila do kilku osob, czy nie mogly by nas przenocowac tej samej nocy w Christchurch. 3 godziny przed dotarciem dostalem smsa: Mozecie zostac u mnie, adres, Amanda. 10 km od Christchurch, ciemno jak diabli i brama pod podanym adresem. Nasze miny raczej nie tegie. Dzwonimy
-"No czesc, myslalem, ze juz nie dojedziecie. Wiezdzajcie do srodka, Amanda zaraz przyniesie wam reczniki."
Amanda przyniosla reczniki, zostalismy zakwaterowani w domku dla gosci. W salonie wielka perkusja- "tata lubi czasami pograc", sniadanie bedzie od 8 rano. Rano ruszamy przez wielki ogrod do wlasciwego domu, willi. Po drodze mijamy bude, w ktorej rezyduje owca obronna. Nowo Zelandzki styl. Rodzina pochodzi ze Stanow, ale mieszka tu od wielu lat. Amanda wrocila z podrozy dookola swiata dwa tygodnie temu. Rodzice mowia, ze dopiero zaczynaja ja poznawac. Kolezanka poznana w Dominikanie zaproponowala jej prace. Ma zaczac za 9 dni, na wybrzezu Francji. Jacht jakiegos milionera, poltora roku rejsu po swiecie. Amanda sie zastanawia. A tata? Tata rzeczywiscie lubi pograc na perkusji. Gral miedzy innymi z Aerosmith (zanim stali sie slawni, podkresla) i z Johny Cashem podszas jego wystepow w Nowej Zelandii (juz byl slawny). Z rodzina Amandy musielismy pozegnac sie dosc szybko. Musialem zawiesc Jill na lotnisko, leciala do Wellington na wieczor panienski. Sam oddalem samochod i po krotkim zwiedzaniu centrum Christchurch pojechalem autobusem do Picton. Stad promem z powrotem do Wellington (na promie Pablo poznal Maoryskich znajomych).
Siedze teraz u Keitha i probuje ogarnac wydarzenia minionego tygodnia. Road Trip sie skonczyl, podroz dookola swiata nie.
zdjecia z podrozy

ps. Widzialem dzisiaj kaczke spiaca na jednej nodze. Byla razem z trzema innymi, ktore spaly normalnie, na siedzaco. Nie wiem czy to u kaczek typowe, ale wygladalo dosc niestabilnie by tak rzec. Siedzialem i patrzylem na tegoz ptaka pol godziny, a on nic, nie zachwial sie nawet. Pablo podzielal moje zdumienie nad ta stabilna niestabilnoscia.
ps2. Ksiezyc widze, takze w nowiu raczej nie jest.

ps3. Trwa Billabong Pro Tahiti, Maz Quinn sie nie zalapal niestety.

wtorek, 6 maja 2008

Wellington, were the Legends are born

Craig za 20 dolarow (tj. sniadanie i lunch) dowiozl mnie bezpiecznie do stolicy. Za zaoszczedzone 80 kupilem sobie jeansy, poprzednie jak zapewne pamietamy polegly na latynoskiej ziemi. W Wellington zatrzymalem sie u Keitha, bylego sublokatora brata, poznanego w Dublinie 3 lata temu. O stolicy mozna opowiadac duzo, lepiej jednak zobaczyc produkcje filmowa. Zeby nie bylo, ze sie obijalem (film w jezyku angielskim glownie).

Dalej promem na poludniowa wyspe. Pogoda paskudna, ale delfiny i tak przyplynely! :) W Picton chcialem zanurkowac na wraku wielkiego statku pasazerskiego Michail Lermotow, ale z powodu pogody co najmniej do weekendu nic sie nie dzieje. W zwiazku z tym wyladowalem w Nelson, bramie do parku narodowego Abel Tasman. Jutro Kajaki.